Niesztampowo, interesująco, kontrowersyjnie i zaskakująco - piłka nożna od innej strony.

























Wymiana linków Monitoring serwera Katalog Informacja medyczna Informacje prasowe Lokalizator internetowy Wzory pism i umów Sprawdź Page Rank Anonse towarzyskie Tanie noclegi Praca dla studentów Bezpłatne ogłoszenia Nieruchomości Warszawa Auta z Niemiec
wtorek, 10 stycznia 2012

Jeśli chcecie swoim uszom zapewnić w styczniu rozrywkę, zapomnijcie o radiu. Zamiast tego oglądajcie mecze Zambii, a wasze organy słuchu będą zachwycone. Byle tylko często padały nazwiska Chintu Kampamby, Rainforda Kalaby, Stophiry Sinzu, Jonasa Sakuwahy...

Zambia była moim odkryciem dwa lata temu. Wtedy niespodziewanie doszła do ćwierćfinału, gdzie uległa Nigerii. Odkryciem był też Herve Renard, francuski trener, od którego charyzma bije na milę. Jako, że Renard pozostał szkoleniowcem Zambii, a w kadrze ostali się posiadacze wymienionych wcześniej pięknych nazwisk, Chipolopolo mogą liczyć na moje kciuki. Selekcjoner mógł być jednak zupełnie inny. W 2010 roku, dwa miesiące przed końcem kontraktu, Renard zrezygnował i objął kadrę Angoli. Szybko przestał tam pracować i objął algierski USM Algier. Tyle, że zarówno Zambii, jak i Renardowi osobno wiodło się źle. Syn marnotrawny więc powrócił i wszyscy liczą, że znów przynajmniej wyjdzie z grupy.

Sytuacja od 2010 roku tak bardzo się jednak nie zmieniła. To znaczy, siłą Miedzianych Pocisków jest zespołowość, którą zbudował właśnie Francuz. Bo jak spojrzeć na nazwiska, to Zambia kompletnie niczym nie imponuje. Nieliczni piłkarze grają w europejskich klubach, żadni w topowych. Większość przesiaduje w niezłej, ale tylko w skali Afryki, lidze RPA. „U nas” występują tylko Wiliam Njovu (Hapoel Shmona), Chisamba Lungu (Ural Oblast), Justin Zulu (Hapoel Rishon) i Emmanuel Mayuka (Young Boys Berno). Słabo, sami przyznacie. Ale jeśli będą tak dobrzy, jak dwa lata temu, wyjście z grupy wróżę im spokojne.

Eliminacje pokazały właściwie niewiele. Zambia wygrała grupę, ale bardzo przeciętnie obsadzoną. Minimalnie wyprzedziła Libię, z którą znów pewnie powalczy o awans z grupy, Mozambik i Komory. Pamiętacie tego ekstremalnie grubego bramkarza z Mozambiku? Naprawdę nie sztuka ich pokonać...

Dla zambijskich piłkarzy ewentualne wyjście z grupy może mieć wymiar szczególny. W fazie pucharowej mogą bowiem grać w gabońskim Libreville. To 500 metrów od brzegu tego miasta w 1993 roku runął samolot przenoszący drużynę narodową Zambii na mecz eliminacji mistrzostw świata z Senegalem. Zginęło tam 18 piłkarzy i członkowie sztabu szkoleniowego. 18 piłkarzy z najzdolniejszego pokolenia w historii Zambii. W pierwszej połowie lat 90. Dwa z trzech PNA kończyli na podium. Można sobie wyobrazić, jaki smak miałoby wygranie finału właśnie w Libreville...

 



poniedziałek, 09 stycznia 2012

Pierwszy mundial jaki pamiętam? Zależy, o co pytacie. Mam w głowie urywki z meczu Holandia - Argentyna z 1998 roku, całkiem dobrze pamiętam finał  tych samych mistrzostw. Ale tak naprawdę kręćka na punkcie piłki dostałem dwa lata później i pierwszy mundial, który chciałem pochłonąć w całości nadarzył się w 2002. Nie mogę więc udawać, że do Senegalu nie mam sentymentu. Skaczący w bramce Tony Sylva, szalejąca miotła na boku obrony - Ferdinand Coly, skała Papa Bouba Diop w środku, czy Henri Camara oraz El Hadji Diouf z przodu. No, wielcy. Poznałem ich wcześniej, niż cały świat, bo zimą 2002 roku zaliczyłem swój pierwszy Puchar Narodów Afryki, na którym Senegalczycy zostali wicemistrzami kontynentu. Świat usłyszał o nich, gdy ograli Francję, o której wszyscy myśleli wówczas, jako o wielkiej, wszak była aktualnym mistrzem świata i Europy.

Słyszałem, jak sąsiad, na co dzień nie interesujący się futbolem, wołał, że Senegal wygrał z Francją.  Wiedziałem, że to wielkie wydarzenie. A to dopiero początek. Senegalczycy wyszli z grupy, w której byli jeszcze Duńczycy i Urugwajczycy, w drugiej rundzie ograli Szwedów, a mecz oglądałem na pełnej śniegu transmisji w czeskiej telewizji. Dobrnęli do ćwierćfinału, jako druga drużyna afrykańska w historii (później dokonała tego jeszcze Ghana. Zaskakujące dla mnie, że nie Nigeria, bo intuicyjnie wymienia się ją, jako największą potęgę obok Kamerunu). W najlepszej ósemce nie sprostali tureckiej rewelacji, ale i tak byli bohaterami. Ruszyli do wielkich klubów europejskich i... tyle dobrego można powiedzieć o senegalskim futbolu.

Była wybitna generacja, która miała bardzo dobre dwa pierwsze lata XXI wieku. Awansowali na mistrzostwa świata, zostali wicemistrzem Afryki, weszli do ćwierćfinału mundialu, podpisali kontrakty i przepadli. Na każdym kolejnym PNA byli uznawani za faworyta. Dochodzili do ćwierćfinału i półfinału, ale nikogo to nie satysfakcjonowało. Co dopiero odpadnięcie już po fazie grupowej w 2008 roku, gdy trenerem był Henryk Kasperczak. Brak awansu w roku 2010 to już klęska niewyobrażalna. Syci kontraktami, zmanierowani bohaterowie 2002 roku zaczęli odchodzić. Federacja dała szansę rodzimej myśli szkoleniowej - Amarze Traore, który... jako 37-latek pojechał do Korei i Japonii. Meczu nie zagrał, ale wpis w CV ma.

Nowy selekcjoner zdecydował się na drastyczny, ale konieczny krok. Odsunął wielkie nazwiska - swoich dawnych kolegów z reprezentacji, którzy dawali niewiele na boisku i totalnie odmłodził skład. Na tegoroczny turniej zabiera tylko dwóch zawodników z 2002 roku - Omara Dafa (Brest) i Souleymana Camarę (Montpellier). Czy to oznacza, że przywozi zgraję anonimów? Nie. Lwy Terangi mają kolejne pokolenie talentów, grających w liczących się klubach. A już najwięcej znaczy ofensywny tercet...

... jeśli trenerowi uda się znaleźć odpowiednie miejsce na boisku dla Papissa Cisse, Demby Ba i Moussy Sowa, Senegal będzie nie do zatrzymania. Cała trójka to obecnie gwiazdy trzech potężnych europejskich lig. Sow blokuje miejsce Ireneuszowi Jeleniowi w Lille. W zeszłym roku poprowadził ten zespół do podwójnej korony, a sam został królem strzelców Ligue 1. Znakomita forma strzelecka Cisse w zeszłym roku pozwoliła Freiburgowi zakończyć sezon bezpiecznie, jak nigdy, w środku tabeli. W tym drużyna z Badenii zajmuje ostatnie miejsce, ale Senegalczyk zdobył dziewięć goli, co stanowi prawie połowę dorobku drużyny. Niemal na pewno zaraz odejdzie do lepszego klubu. Wreszcie Ba, o którym pierwszy raz mogliśmy usłyszeć, gdy Hoffenheim szalało po awansie do Bundesligi. Jednak prawdziwą gwiazdą Ba został po transferze do Anglii. Dziś, dzięki niemu, Newcastle po latach posuchy znów liczy się w walce o europejskie puchary, a sam piłkarz jest wiceliderem klasyfikacji strzelców, przegrywając tylko z Robinem van Persie. Żaden inny afrykański kraj nie ma takiego potencjału w ataku. A czy go wykorzysta? W tym już głowa trenera.

Senegal to jednak nie jest drużyna trzech gwiazd. W obronie grają bardzo solidni zawodnicy, znani w większości z ligi francuskiej, jak chociażby Souleymane Diawara z Marsylii, który jesienią demolował Roberta Lewandowskiego. Prawdziwy problem, jak to często bywa w Afryce, jest z obsadą bramki. Cała kadra Senegalu składa się z piłkarzy grających za granicą. W rodzimej lidze gra tylko... dwóch bramkarzy. I to nie może być przypadek, że akurat tamtejszych piłkochwytów europejskie kluby nie chcą. Największe szanse na bronienie ma  Bouna Condoul z New York Red Bulls. Wydaje się jednak, że jego głównym atutem jest to, że może sobie dodać do znajomych Thierry’ego Henry’ego...

Wygląda na to, że Senegal po latach upokorzeń znów będzie piekielnie silny. Może nawet z szansami na końcowy tytuł.

sobota, 07 stycznia 2012

Takie sytuacje zdarzały się już nieraz. Polska z powodu stanu wojennego miała bardzo utrudnione przygotowania do mistrzostw świata w 1982. Przywiozła brązowy medal. Podobnie, jak Chorwacja 16 lat później. Irak został w 2006 mistrzem Azji. Choć generalnie przyjemniej jest przygotowywać się do wielkiego turnieju w dobrych warunkach, to ciężka sytuacja kraju często napędza dodatkowe pokłady ambicji. Futbol przestaje być  futbolem, zaczyna być więcej niż futbolem.  O serbskich siatkarzach pisał Rafał Stec następująco: Nie wiem, jak oni to robią. Nie wiem, jak serbscy siatkarze przezwyciężają samych siebie, niespecjalnie trafiają do mnie opowieści o bolesnej historii, która skazywała ich naród na ciągłą walkę o przetrwanie i uczyniła patriotów pragnących umrzeć dla ojczyzny także na boisku. W każdym razie oni rzeczywiście wyglądają pod siatką tak, jakby parli po coś więcej niż chwała w kolorze medalu.

I to właśnie może być siła Libii na Pucharze Narodów Afryki. Nie jest to szaraczek pokroju Gwinei Równikowej, ale do faworytów, albo choć aspirantów do tytułu nie można jej zaliczyć. Komfortu podczas przygotowań w ogarniętym chaosie kraju, który jeszcze przed chwilą przeżywał wojnę też na pewno nie mieli. A jednak zamieszanie przetrwali zdecydowanie lepiej niż chociażby Egipcjanie, którzy startowali z wyższego pułapu. Sieroty po Mubaraku piłkarzy mają świetnych, drużynę, która trzy razy z rzędu zdobywała tytuł najlepszej drużyny Afryki, totalnie dominując na kontynencie. Zajęcie przezeń ostatniego miejsca w grupie z Nigerem, RPA i Sierra Leone traktuję jako największą sensację eliminacji.

A Libijczycy? Zna ktoś ich choć jednego piłkarza? No właśnie. Problem z nimi jest taki, że mają w miarę mocną w skali kontynentu ligę, więc opłaca im się w niej grać, ale też nie są na tyle dobrzy, by europejskie kluby wykazywały jakąkolwiek determinację w ich pozyskiwaniu. Może to doprowadzić do tego, że w kadrze na turniej znajdzie się ledwie jeden piłkarz grający na Starym Kontynencie – Djamal Mahamat z portugalskiej Bragi, który markę wyrobił sobie w Beira Mar. Reszta w większości gra w miejscowych klubach – Al Ittihad Trypolis, Al Alhy Benghazhi, lub sporadycznie w Egipcie.

Historycznie Libia wiele lepiej nie wyglądała. Na mundial nie wdrapała się nigdy, w Pucharze Narodów Afryki grała ledwie dwa razy. Jedyny sukces odniosła wtedy, gdy my osiągaliśmy ostatni. W 1982 roku zorganizowała turniej, w którym zajęła drugie miejsce. Następny raz pojechała na mistrzostwa Afryki sześć lat temu do Egiptu, gdzie odpadła po fazie grupowej. Ostatnie lata i tak można jednak nazwać tłustymi. Wszak na tegoroczny turniej Zieloni się dostali, przegrywając w grupie z Zambią, wyprzedzając Mozambik i Komory i mając najlepszy bilans z drugich miejsc. A za pięć lat sami, po raz drugi, PNA zorganizują, więc mają w nim zapewniony udział.

W styczniowym turnieju zagrają z Gwineą Równikową, Zambią i Senegalem. Faworytem nie są, ale rywale też nie wyglądają na terminatorów. W przeciwieństwie do przedstawianej wczoraj Gwinei R. Libijczycy mają jeden atut. Pracującego od dwóch lat brazylijskiego trenera Marcosa Paquetę. W przeciwieństwie do swojego rodaka, z którym zmierzy się w meczu otwarcia, ma jakieś doświadczenie i jakieś sukcesy. Przez osiem lat prowadził Flamengo Rio de Janeiro przez dwa Fluminense, doprowadził reprezentację Brazylii do mistrzostw świata U-17  i U-20. Może przemieni zgraję anonimów, w zgraję jednoczącą rozerwaną ojczyznę?

 

piątek, 06 stycznia 2012

Drugiej tak słabej drużyny, jak Gwinea Równikowa na tegorocznym Pucharze Narodów Afryki teoretycznie nie powinno być. W ogóle w Afryce mało jest tak słabych reprezentacji. Im bardziej przyglądam się współgospodarzom tegorocznej imprezy, tym bardziej widzę analogie do polskiej sytuacji. Choć nasza jest jednak chyba troszkę lepsza...

A może jednak my mamy gorzej? W końcu my mamy tradycje. Mamy wspomnienie dawnych wielkich zwycięstw. Mamy tendencję do machania szabelką i przekonywania, że wyjście z grupy to plan minimum. A Gwinea Równikowa takich ambicji nie ma. Powiedzmy sobie szczerze, z chwilą wybrania tego malutkiego kraju na organizatora mistrzostw, Gwinea Równikowa osiągnęła największy sukces w historii - zapewniła sobie udział w wielkiej imprezie. Po raz pierwszy.

Wprawdzie krajowa federacja piłkarska istnieje już od 1960 roku, lecz do 1986 właściwie nie rozgrywała meczów. Dopiero ćwierć wieku temu wzięli się w Gwinei Równikowej do roboty. Weszli do CAF i FIFA i zaczęli grać w eliminacjach turniejów. Radzili sobie jednak tak, że lepiej przemilczeć. Nie mieli wielkich piłkarzy. Piłkarska pustynia.

Organizacja turnieju sprawiła jednak, że za wszelką cenę chciano unikąć kompromitacji. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że tego celu nie uda się osiągnąć, ale akurat znaki na niebie i ziemi - zwłaszcza w afrykańskiej piłce - nie znaczą kompletnie nic. Dla większości zawodników to życiowa, jedyna szansa.

Po 2006 roku zaczęła się w Gwinei Równikowej fala naturalizacji. Obecnie w kadrze grają piłkarze podebrani z Hiszpanii, Brazylii, Kamerunu, Nigerii, Kolumbii, Ghany i Senegalu. Nie są to jakieś wielkie nazwiska. W większości grają w amatorskiej lidze swojego kraju, bądź w amatorskich ligach hiszpańskich. Są jednak pewne wyjątki...

Na początek wątek polski. Zagrał 11 meczów w naszej ekstraklasie w barwach Legii Warszawa, grał na pozycji stopera, przyszedł z rezerw Bordeaux i szybko wyjechał. Wtedy jeszcze był Senegalczykiem, dziś jest już Gwinejczykiem Równikowym. Tak, zgadliście, to Mammadou Balde, gnijący dziś gdzieś w niższych ligach francuskich.

Prawdziwe gwiazdy „Nzalang Nacional“ to jednak piłkarze, którzy coś kiedyś osiągnęli w Hiszpanii. Przede wszystkim - 34-letni kapitan Rodolfo Bodipo, który swego czasu ładował bramki w Alaves Vitoria, czy Santander, a zwłaszcza Deportivo La Corunia. Z tego klubu jest obecnie wypożyczony do II-ligowego Elche. On również jest naturalizowany, ale Gwineę Równikową reprezentuje już od ośmiu lat. Pozostałe gwiazdy to Javier Balboa, który najpierw pograł z Krzysiem Królem w Realu Madryt Castilla, lecz w przeciwieństwie do niego awansował do pierwszej drużyny. Pokazał się w kilku meczach, wystąpił w Lidze Mistrzów, strzelił bramkę i poszedł do Benfiki Lizbona. Tam też kariery nie zrobił i dziś przebywa na zesłaniu w portugalskim Beira Mar, ale - umówmy się - gdyby na skrzydła „Królewskich“ wpuszczali słabych piłkarzy, choćby na epizody, to już bym tam grał. Jako takie nazwisko wyrobili sobie jeszcze Ivan Zarandona (kiedyś Valladolid), Juvenal (Alaves, Tenerifa, Recreativo Huelva) czy Narcisse Ekanga, grający w kongijskim TP Mazembe współautor sensacji w Klubowych Mistrzostwach Świata sprzed dwóch lat, kiedy najlepszemu zespołowi Afryki udało się ograć Internacional Porto Alegre, by dopiero w finale przegrać z Interem Mediolan.

Wszystko wyglądałoby tak sobie, ale nie beznadziejnie, gdyby zgrają dowodził trener, który miałby pojęcie o sprawie i czas na poukładanie drużyny. Od początku 2011 roku za 30 tysięcy euro miesięcznie pracował tam słynny w Afryce Francuz Henri Michel. Tyle, że w ostatnich dniach grudnia nagle zrezygnował. Na trzy tygodnie przed turniejem musiał go zastąpić Brazylijczyk Gilson Paulo, który ostatnio był dyrektorem sportowym akademii Vasco da Gama. Nie rzuca na kolana...

Współgospodarze PNA w zeszłym roku rozegrali sporo meczów towarzyskich, kilka wygrali, lecz - tu kolejna analogia do Polski - kompletnie nie radzili sobie z przeciwnikami, którzy również zagrają na turnieju o mistrzostwo Afryki. Miejsce w rankingu FIFA też pokazuje wiele. 150. pozycja, przy 200 klasyfikowanych krajach. A do nas - Europejczyków - najlepiej przemówi porównanie do drużyn, które znamy z europejskiej federacji. Gwinea Równikowa jest o 12 miejsc niżej niż... Kazachstan i minimalnie, o pięć pozycji lepsza od Malty. Czy to wystarczy na pokonanie w grupie Libii, Senegalu i Zambii? Raczej nie. Ewentualnie widzę szansę na powalczenie z dziećmi po Kaddafim w meczu otwarcia. Ale czy zdziwi mnie wygranie przez Gwineę R. wszystkich meczów w grupie i awans do fazy pucharowej? W Afryce nic mnie nie zdziwi.

 

Słyszycie już tam-tamy? Zawodzące z oddali orkiestry i jakieś trudne do zidentyfikowania instrumenty? Widzicie przed oczami magów, którzy są gwiazdami największych i tych trochę mniejszych lig europejskich, albo za chwilę nimi będą? Widzicie mecze, w których nie ma żadnej taktyki, jest wybitna technika i świetne przygotowanie fizyczne? W których nie ma kalkulacji, a gdy się przegrywa 0-4 na 15 minut przed końcem, to spokojnie można wyciągnąć wynik na 4-4? Tak. Już za 15 dni rusza najładniejszy turniej piłkarski na świecie - Puchar Narodów Afryki.

Zmagania, które rozpoczną się 21 stycznia zapowiadają się jeszcze bardziej niesamowicie niż zwykle. W turnieju rozgrywanym na boiskach Gabonu i Gwinei Równikowej zabraknie bowiem:

- Egiptu (wygrywał trzy ostatnie turnieje!)

- Kamerunu

- Nigerii

- RPA

a więc tradycyjnych potęg Czarnego Lądu. Będzie natomiast trzech debiutantów - Gwinea Równikowa, Niger i Botswana. Już sobie wyobrażam, ilu świetnych, nieznanych jeszcze piłkarzy przywiozą.

W turnieju ma szansę zagrać dwóch piłkarzy z polskiej ligi, obaj reprezentujący Burkina Faso - Abdou Razack Traore z Lechii Gdańsk i Prejuce Nakoulma z Górnika Zabrze.

Zmagania potrwają do 12 lutego, kiedy w Libreville odbędzie się wielki finał. Oczywiście, możecie się domyślać, że przez najbliższy miesiąc będzie to temat numer jeden. Bo przecież Puchar Narodów Afryki łykam jak pelikan od dziesięciu lat. To będzie piękna zapowiedź roku obfitującego w wielkie piłkarskie emocje. Ale ten turniej przyniesie te najbardziej pierwotne...

 

niedziela, 01 stycznia 2012

Tytułu trzeba bronić, więc wystartowałem w Gwiazdkowym Konkursie Literackim 2011 organizowanym przez Michała Pola. Tematem przewodnim był opis akcji, która zapadła mi w pamięć, a nic bardziej nie zapadło mi w pamięć niż bramka Sylwestra Patejuka na Legii. Poniżej przeklejam konkursowy tekst, a kto byłby zainteresowany, może zagłosować tutaj: (nie ma wpływu na wynik konkursu)

 http://michalpol.blox.pl/2012/01/Akcja-GwiaKoLi-Odslona-6-ostatnia.html



 

Wychodzą na boisko. Do meczu 30 minut. Trybuny nowego i imponującego - zwłaszcza dla przybysza z Rychlińskiego - stadionu zapełniają się. Na boisko wybiegają w czerwonych koszulkach wszystkie Łatki, Patejuki i Górkiewicze, o których Warszawa pierwszy raz słyszy. Znaczy wtedy jeszcze nie słyszy. Przecież spiker ucisza grupkę przyjezdnych z Bielska, krzycząc „na Ł azienkowskiej doping tylko dla Legii!“ Przecież kibice nagle się ożywiają i puszczają wiązankę , jakiej jeszcze nie słyszałem, w której proste „wyp...ć “ brzmiał o niczym słowo, którym usypiamy siostrzeńca.

Ach, więc to jest ta siła Żylety, pomyślałem. W tym momencie wiedziałem, że chłopaki z Podbeskidzia są przegrane. Oni muszą patrzeć na to wszystko, słuchać tych tekstów o swoich rodzinach i myśleć , którym wyjściem najbliżej do Bielska. A może nie? A może poczują się , jak Polacy na Wembley, do których wołano, jak do zwierząt? A może... Milion myśli na raz, jeszcze zanim pił karze Legii w ogóle wybiegli na rozgrzewkę.

Podbeskidzie dalej nie istnieje. Spiker wita kibiców, z wszystkich Elblągów, Szczecinów, Sosnowców. Nawet z Bielska, tyle, że tych z BKS-u. Chamstwo. Ależ był oby pięknie utrzeć im te nosy. Żeby zapamiętali. Żeby zobaczyli. Żeby poczuli, że Podbeskidzie to nie jest byle co. Aj, żeby tam wejść na boisko, to zaraz bym pokazał góralski charakter. A może nie? A może trząsłbym się jak oni?

***

A oni się nie trząśli. Grali tak, jak ja przekonywałem siebie, ż e bym zagrał . Prowadzili 1-0. Był a 45 minuta, a bielszczanie zdecydowali się po raz ostatni przed przerwą przekroczyć połowę . Przekroczyli. Boże, teraz nie stracić, nie stracić piłki, nie stracić bramki do szatni, bo się zacznie. Jest, aut. Górkiewicz bierze piłkę . Zostawia Sokołowskiemu. Warszawa gwiżdże, Warszawa nie wytrzyma tej gry na czas. Sokołowski bierze rozbieg i zamienia się w Rory’ego Delapa. Miota piłką, niczym Majewski, w pole karne. Patejuk wybija się z jednej nogi. Leci i nieziemską przewrotką trafia piłkę . Kuciak nie ma szans na interwencję . Nawet, gdyby leciał o w środek bramki, to i tak by nie obronił, w takim jest szoku.

Stadion na ten ułamek sekundy milczy. Zaraz na boisko lecą  „k...“. Ale i tak wiem, że Patejuk - warszawiak - uciszył Legię . Że to kopnięcie był o wyładowaniem całej złości 29-latka, który musiał tłuc się przez Góry Kalwarie, przez Złotokłosy i Ponidzia Nidy Pińczów, by w dalekim Podbeskidziu dostać wreszcie szanse zagrania na Łazienkowskiej. I miał chłop wyczucie. Jak żyję , nie pamiętam, by piłkarz Podbeskidzia strzelił gola przewrotką. Łupili Tura Turek dziewięcioma bramkami, strzelali w każdy możliwy sposób, ale przewrotki nie było. Patejuk też efektowny nie był . Wyglądał , jakby całe życie czekał tylko na ten jeden moment, kiedy przywali całej Warszawie z przewrotki. I wyjedzie z niej już nie jako jakiś Patejuk, ale jako TEN Patejuk.

***

A dzięki niemu ja, poczułem wtedy, że nie jestem jakimś Trelą . Poczułem, że jestem Trelą, którego Podbeskidzie uciszyło Łazienkowską.



poniedziałek, 26 grudnia 2011

Niedawno zostałem spytany, czy w innych krajach też nazywa się kluby od rzek. O żesz. Nie wiem, nigdy o tym nie myślałem. Na poczekaniu wydukałem rosyjską Wołgę Niżny Nowogród, ale nie był to na pewno szał, jak u nas - Wisła Kraków, Płock, Puławy, Nowe, Strumień i milijon innych. Odra Opole, Wodzisław, Brzeg, Wrocław i inne. Warta Poznań, Sieradz, Bug Wyszków. Od każdej większej rzeki znaleźlibyśmy klub. A zagranica? Tamiza Londyn? Tag Madryt? Tybr Rzym? Dunaj Belgrad? Wełtawa Praga? Wszystko to niedorzecznie brzmiało. Od tego czasu niby żyłem normalnie, ale gdzieś tam z tyłu głowy siedział ten temat.

Przyszedł czas w święta. Wiadomo, poszukiwania musiałem trochę zawęzić. Nie sprawdziłem więc wszystkich krajów europejskich. Prześledziłem najwyższe ligi Niemiec, Anglii, Włoch, Hiszpanii, Francji, Szkocji, Holandii, Belgii, Portugalii, Austrii, Szwajcarii, Szwecji, Ukrainy, Rosji, Czech i Słowacji. Wiem wiem, może skutkiem tego przegapiłem, że na Islandii co trzeci klub nazywa się od rzeki - od razu więc zastrzegam - może tak jest. Ja sprawdziłem te powyższe kraje, bo karpia też chciałem mimo wszystko schrupać, a i barszczyk w siebie wlałem.

Ale przejdźmy do... rzeki. W ukraińskiej ekstraklasie znajdujemy dwa kluby z rzeką w nazwie. Dnipro Dniepropietrowsk (wiedzieliście, że jego trenerem jest Juande Ramos?! Szok...) i Worskła Połtawa. W Rosji jest wspomniana Wołga i nic więcej. Jedyny klub z przeanalizowanych lig zachodniej Europy, który ma rzekę w nazwie to portugalskie Rio Ave Vila do Conde. Można się domyślić, że chodzi o rzekę Ave.

Rzeczny ślad znajdujemy też w nazwie Betisu Sewilla i to dla mnie niespodzianka. Rzymianie używali słowa „Baetis“, do nazwania rzeki Gwadalkiwir i od tego ma pochodzić nazwa klubu. Niby o to chodzi, ale nie do końca. Bo przecież nie mamy Vistuli Kraków. Nie rzeka, ale kanał jest  za to w nazwie szkockiego Inverness Caledonian Thistle, gdzie człon „Caledonian“, oznacza kanał kaledoński.

I to tyle. Wygląda na to, że w nazywaniu klubów od rzek jesteśmy niezrównanymi mistrzami. Choć dopuszczam do siebie bolesną myśl, że jednak nie do końca. Wszak Ukraińcy biją nas w liczbie rzecznych klubów w ekstraklasie (2-1). A kto wie, ile rzek tkwi pod powierzchnią, czyli w niższych ligach...

PS Przy takim szukaniu, zawsze znajdzie się kilka informacji niby niezwiązanych z tekstem, ale jednak  dla wariatów ciekawych.

- Wiedzieliście, że nazwa Hertha (Berlin) pochodzi od nazwy parowca?
- A, że holenderskie Vitesse Arnhem, to w tłumaczeniu na nasze „Prędkość Arnhem“?
- Spora niespodzianka (może wstyd się przyznać?), że Anderlecht Bruksela, to... nie Anderlecht Bruksela. Klub, w którym gra Wasilewski, jest z miasta leżącego w okręgu brukselskim, ale jednak osobnego ośrodka administracyjnego „Anderlecht“. Coś podobnego do Chievo Werona (dwie osobne miejscowości) i Getafe Madryt.

- Gil Vicente Barcelos - to portugalski klub, który w nazwie upamiętnia portugalskiego dramaturga i poetę Gila Vicente. Co powiecie na Tadeusz Kantor Kraków?



niedziela, 25 grudnia 2011

Wyobraźcie sobie nowe państwo. Uzyskuje niepodległość, ludzie się cieszą, marzenia się spełniają. Trzeba się jednak zabrać do roboty. Od czego byście zaczęli? Jakiś rząd? Próby stworzenia ustawy zasadniczej? A wcześniej trzeba by jakieś wybory? Jak to, a kto się będzie uczył, leczył, ratował życie, pilnował porządku? A więc edukacja, służba zdrowia, policja. Jakoś się trzeba jednak identyfikować, żeby państwo szybko się nie rozleciało. Siadamy więc i w pierwszy dzień wymyślamy flagę, hymn, dewizę i godło.

No, najgorzej jest zacząć. Zrobiliśmy pierwszy krok, idziemy spać i budzimy się już w naszym nowym państwie. Zabieramy się do roboty? Nie, organizujemy mecz piłkarski. Najważniejsze jest przecież spoiwo.

Przykład Sudanu Południowego, najmłodszego i najbiedniejszego państwa świata, pokazuje, że lud nie chce chleba i igrzysk. Lud chce igrzysk, a jak będą dobre, to o chlebie - na krótką metę - zapomni. Ten afrykański kraj powstał 9 lipca 2011, a pierwszy  mecz rozegrał... 10 lipca 2011, a więc ledwie dzień później. Co bardziej szokujące, jego piłkarska federacja istniała już wtedy od trzech miesięcy!

Od razu była więc okazja, by 15 tysięcy ludzi zebrało się na świeżo odremontowanym Juba Stadium. Wcześniej trudno go było nawet nazwać pastwiskiem, bo... zwierzęta nie pasą się ziemią, tylko trawą, a tej też brakowało. Położono jednak nową murawę, dołożono oświetlenie i można było grać. Fakt, że tylko nieoficjalne mecze, bo Sudańczycy z południa dopiero pracują nad przyjęciem do afrykańskiej i światowej federacji, ale zawsze coś. Zaproszono kenijską ekstraklasową drużynę Tusker Nairobi. Na początek trzeba było oczywiście posłuchać nowiutkiego hymnu państwowego, więc lud już się nam wzruszył, a gdy w 10. minucie gospodarze objęli prowadzenie, to już głód, pragnienie i choroby na chwilę minęły. Skończyło się 1-3, ale rozpaczać nie było potrzeby.

Chcąc, nie chcąc, później trzeba się było zabrać do niezbędnych dla państwa prac niezwiązanych z piłką. Ale już po miesiącu zagrano z ugandyjską drużyną SC Villa, a wynik 1-1 tylko umocnił dobre nastroje społeczne. Niestety, można się spodziewać, że czar nowości szybko minie i - patrząc na piłkarską sytuację Sudanu Południowego - ja na miejscu władz raczej nie pokładałbym wielkich nadziei w piłce, jako odwracaczu uwagi od codziennych problemów.

Otóż przed powstaniem państwa, żaden klub z południa nie występował nawet w sudańskiej ekstraklasie. Federacja już jest, ale teraz trzeba budować kluby, ligę, stadiony, szkolić sędziów. Trzeba wszystkiego i niestety można to powiedzieć o każdej dziedzinie w kraju. Jeśli szukać przyszłego promyczka słońca (a raczej, w przypadku tamtych terernów, raczej kropelki deszczu), to raczej w bogatych złożach ropy naftowej, niż w Jamesie Josephie, 28-letnim napastniku Sporting Clube de Goa, grającym w beniaminku ligi Wybrzeża Kości Słoniowej, który jest najlepszym zawodnikiem młodego kraju.

Czy wielki futbol zagląda tylko w zakątki, gdzie mamy do czynienia ze stabilną walutą, zagwarantowaniem praw mniejszości etnicznych, inflacją nieprzekraczającą 2,5% i trójpodziałem władzy? No właśnie... Chyba tylko to może budzić jakąś nadzieję, na względnie rychły wyjazd Sudanu Południowego na Puchar Narodów Afryki.

PS Bez Artura Klińskiego ten tekst by nie powstał.

sobota, 24 grudnia 2011

Mamy święta, a jak święta, to trzeba złożyć życzenia. Życzę więc wszystkim zaglądającym tutaj wszystkiego najlepszego. A konkretnie...

... kibicom Śląska Wrocław życzę, żeby ich drużyna utrzymała tempo z roku 2011, zdobyła po ponad trzech dekadach mistrzostwo Polski i zrównała się w ich liczbie z największym rywalem - Zagłębiem Lubin. Dalej, niech w pucharach kraju nie skompromituje - o Lidze Mistrzów nie mówmy, doceńmy powagę tego miejsca :-) - a wygrywać niech przestanie dopiero od jesieni przyszłego sezonu.

... kibicom Legii Warszawa życzę, by zaczęli traktować kibiców i piłkarzy innych drużyn, jak ludzi. Może wtedy wszyscy przestaną się tak maksymalnie spinać na Legię, co pozwoli uniknąć wpadek, takich jak mecz z Podbeskidziem. Legijna młodzież niech rozwija się w tempie jeszcze szybszym niż teraz. Osobno życzę Rafałowi Wolskiemu, żeby trenowanie masy nie zabiło w nim naturalnego polotu, który ma jako jeden z nielicznych piłkarzy w lidze.

... kibicom Polonii Warszawa życzę, by ich klub przetrwał bez Józefa Wojciechowskiego. A nawet jak trzeba będzie budować wszystko od nowa, to pozbędziecie się choć miana Dysko-Polo, co to też cenne.

... kibicom Ruchu Chorzów życzę, by Waldemar Fornalik był cierpliwy i nie ciepnął wszystkim, jak zobaczy, że znów rozkradają mu drużynę. Jak nie ciepnie, to będzie dobrze. Wprawdzie prawdopodobny awans do pucharów trochę odbije się czkawką, ale już tam trener jakoś zastąpi ubytki. Ja typuję Mateusza Kwiatkowskiego. Moje oko widzi w nim perełkę.

... kibicom Lecha Poznań życzę, by wróciła frekwencja i atmosfera sprzed lat. By Artioma Rudniewa dobrze sprzedać, póki są na niego kupcy i znaleźć następcę tak szybko, jak znaleziono Robertowi Lewandowskiemu. Sprzedać też Stilicia, choć na to już za późno, więc dziadzieje w oczach. Wreszcie, by Bask przestał tylko tworzyć dobry obraz drużyny na konferencjach prasowych, a zaczął na boisku.

... kibicom Wisły Kraków, by za rok mogli z pełnym przekonaniem krzyczeć „Moskal Kazimierz, nie rusz Kazika, bo zginiesz“. Życzę też przejścia choć jednej rundy na wiosnę w europejskich pucharach i załapania się do nich za rok. I żeby Michał Czekaj, Daniel Brud i inni coraz mocniej wchodzili w zespół. Wreszcie, by kibice nie blokowali kolejnych transferów młodych Polaków, bo zarząd - chcąc nie chcąc - będzie musiał dalej kupować „patałachów“.

... kibicom Widzewa Łódź, by docenili to, co robi Radosław Mroczkowski w ich trudnych warunkach. Odważne wpuszczanie do ligi facetów, którzy ledwo skończyli gimnazjum, bardzo się chwali. Łodzianie mają chyba najmłodszą drużynę w lidze i niech tego nie schrzanią.

... kibicom Korony Kielce, by nie poszli za modą, panującą w ich drużynie i nie golili się wszyscy na łyso. I by syndrom dobrego początku, a słabego końca nie zaprowadził ich do I ligi.

... kibicom Podbeskidzia Bielsko-Biała, by sytuacja w klubie stała się normalna, a ktoś wreszcie zapanował nad chaosem tak, jak Kasperczyk zapanował nad boiskowym chaosem, który panował przed jego przyjściem. By trener zaczął wpuszczać zawodników młodszych niż 28 lat. Zespołowi życzę awansu do europejskich pucharów przez klasyfikację Fair Play, a w maju wygrania nieuchronnej batalii o licencję na kolejny sezon. Czy ruszy ze stadionem? Nie wierzę, ale życzę, żebym się mylił.

... kibicom Jagiellonii Białystok, żeby klub zatrudnił Tomasza Hajtę, który - jestem pewny - wniesie wiele ciekawego do ligi. Niech tylko robi to, co mówi jako współkomentator, a powinno być dobrze.

... kibicom Górnika Zabrze, by ich klub nie zapędził się w sprzedawaniu wszystkich jak leci i nie wylądował w I lidze. I by stronnictwa będące przeciwko Nawałce nie triumfowały, bo wtedy będzie prawdziwy problem. Wreszcie, by Górnik zagrał, zagrał jak za dawnych lat. A sobie życzę, żebym był jak najczęściej na meczach, na których będą też kibice Górnika, bo aż ciary przechodzą.

... kibicom Lechii Gdańsk życzę, by klub szybko zatrudnił prawdziwego trenera, który zacznie budować drużynę na miarę tego pięknego stadionu. Lechia nie budzi we mnie żadnych emocji, ale takiego obiektu w niższych ligach byłoby żal.

... kibicom GKS-u Bełchatów życzę, by ich GieKSa strzeliła bramek sto, ale... już w I lidze.

... kibicom ŁKS-u Łódź życzę, by ich klub unormował sytuację i wrócił do ekstraklasy tak, jak za Chojnackiego, czy Wesołowskiego. Obecnego ŁKS-u w ekstraklasie nie życzę nikomu.

... kibicom Cracovii życzę, by Struny, Bojlevicie i Kosanovicie wzięły się do roboty i utrzymały w lidze na tyle bezpiecznie, by nie trzeba było licencyjnie uwalać Niecieczy, Podbeskidzia, czy kogokolwiek innego.

... kibicom Zagłębia Lubin życzę, by bezczelne gwiazdki, które mówią, że kibice na nich gwiżdżą, bo zazdroszczą tym, którzy grają w piłkę, a nie muszą jeździć codziennie do kopalni, ich klub szybko wykopał. I zaczął robić większy użytek z chłopaków, którzy dwa razy z rzędu zostali mistrzami Młodej Ekstraklasy.


piątek, 23 grudnia 2011

Kilka dni temu korki z szampanów wystrzeliwanych w Olsztynie doleciały aż do mnie, tu, na południe. Zakończyła się bowiem kilkuletnia „gehenna“ fanów miejscowej drużyny, którzy - choć kibicowali Stomilowi - w tabeli widzieli OKS 1945. Ich wielka radość z powrotu do „historycznej“ nazwy natchnęła mnie do rozmyślań nad łaską kibica.

Jeśli pańska jeździ na pstrym koniu, to aż nie mogę sobie wyobrazić, na jakim jeździ kibicowska. Popularny portal, który ma w nazwie regulaminowy czas gry, bez dogrywki :-), ogłosił, powrót „OKS-u do historycznej nazwy“. W komentarzach ktoś słusznie zauważył, że to nie jest historyczna nazwa, a nazwa sponsora.

W 1945 zespół powstał bowiem jako Olsztyński Klub Sportowy. A więc OKS. Inni kibice argumentowali jednak, że identyfikują się z nazwą Stomil, pochodzącą od polskiego producenta opon, która od lat 70. widniała w nazwie zespołu piłkarskiego, dlatego, że w tym czasie drużyna odnosiła największe sukcesy. A więc, kibice sukcesu?

Podobny przypadek mam na swoim podwórku. Może kibice Podbeskidzia nie dążą do powrodu „historycznej“ nazwy Ceramed, ale część jednak wciąż używa w dopingu nazwy producenta płytek. Dlaczego Ceramed, a nie Marbet? Albo Bogmar? Albo DKS Komorowice? Albo BBSV? Nie dowiemy się chyba nigdy. O ile jednak pod szyldem Stomil, klub grał przez 30 lat i ze szczebli regionalnych wskoczył do ekstraklasy, to Podbeskidzie pod nazwą Ceramed występowało przez pięć lat, a przez rok człon MC (Marbet Ceramed) występował wspólnie z członem Podbeskidzie. Czyli łącznie sześć. Największy sukces Podbeskidzie odniosło pod obecnym szyldem, a firma - w przeciwieństwie do Stomilu, który jest teraz częścią koncernu Michelin - wciąż istnieje. Robi się jej więc darmową reklamę. Sprawa w Bielsku jest więc jeszcze bardziej pogmatwana.

Analogiczna sytuacja, jak w Olsztynie, pojawia się w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie po upadku GKP, kibice zgłosili do IV ligi klub „Stilon“ Gorzów Wielkopolski, umieszczając w jego nazwie zakłady włókien chemicznych. Na forach internetowych można przeczytać „dla kibicowskiej Polski zawsze byliście Stomilem, czy tam Stilonem“. Wniosek wygląda więc prosto - kibic lubi identyfikować się z komercyjną nazwą, przynoszącą klubowi największe sukcesy w historii. Tak?

To dlaczego Świt Nowy Dwór Mazowiecki, a nie Lukullus Świt Nowy Dwór Mazowiecki, choć pod tą nazwą ta drużyna jedyny raz występowała w ekstraklasie? Dlaczego Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski, a nie Groclin Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski, skoro pod tą nazwą ta drużyna eliminowała z Pucharu UEFA Manchester City? Dlaczego GKS Katowice, a nie Dospel Katowice, choć pod tą nazwą klub ze stolicy województwa śląskiego ostatni raz grał w europejskich pucharach? Dlaczego GKS Bełchatów, a nie GKS BOT Bełchatów, choć pod tą nazwą „Torfiorze“ zostali wicemistrzem Polski? I tych przykładów można mnożyć tyle, że byście tu wszyscy posnęli.

Dlaczego jeden sponsor jest cacy, a drugi jest sztucznym tworem i sprzedawaniem wartości? Od wielu lat próbuję złapać i zrozumieć tok myślenia środowiska jedynych prawdziwych, ale przez takie sytuacje nie mogę.

Rozumiem za to zakończone powodzeniem dążenie kibiców TKP Toruń do zmiany nazwy na Elanę, rozumiem kibiców KP Police, którzy chcieli znów kibicować Chemikowi, czy rozumiem fanów Bogdanki Łęczna, którzy pragną, by ich zespół znów był Górnikiem. Co z tego, że Elana to nazwa zakładów chemicznych w Toruniu, a Chemik to nazwa zakładów chemicznych w Policach, skoro istnieją takie rzeczowniki pospolite. Rzeczowników pospolitych „stomil“ i „stilon“ nie ma...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37