Niesztampowo, interesująco, kontrowersyjnie i zaskakująco - piłka nożna od innej strony.

























Wymiana linków Monitoring serwera Katalog Informacja medyczna Informacje prasowe Lokalizator internetowy Wzory pism i umów Sprawdź Page Rank Anonse towarzyskie Tanie noclegi Praca dla studentów Bezpłatne ogłoszenia Nieruchomości Warszawa Auta z Niemiec
czwartek, 23 lutego 2012
środa, 22 lutego 2012

Na koniec będzie trochę o mnie i o tym miejscu, w którym przez blisko cztery lata dłubałem, ale postaram się, żeby nie było ckliwie, bo też zamknięcie tego bloga jest dla mnie wielkim zwycięstwem, a nie porażką. Pewien etap się dla mnie jednak kończy...

Rok zaczął się dla mnie od mocnego uderzenia. 2 stycznia, skrzynka mailowa, list pełen pochwał, bez większych emocji, bo pewnie to ktoś, kto chce wcisnąć wątpliwych korzyści reklamę. Podpis: "Tomasz Lis". Totalna zmiana nastroju, czytanie tekstu jeszcze raz i jeszcze raz. Ktoś mnie wkręca, jak Michniewicza kiedyś wkręcili o Los Angeles Galaxy dziennikarze? Sprawdziłem, nie wkręcali.

Od dziś "Z nogą w głowie", bo nazwa się nie zmienia, jest dostępne w serwisie natemat.pl (do mnie bezpośrednio traficie wklepując michaltrela.natemat.pl), otwartym przez Tomasza Lisa. Czuję się trochę jak Jakub Świerczok, którego z I ligi polskiej wyciągają do pierwszego składu w Bundeslidze. Ja jednak zamierzam strzelać gole.

Stali czytelnicy, których, co cztery lata temu wydawało się niemal nierealne, się choć troszkę dorobiłem, znajdą tam to samo, co znają. To znaczy te same tematy, a styl i język mam nadzieję z każdą notką lepszy. Zresztą, jak zajrzałem na pierwsze wpisy, jakie pojawiły się na tym blogu  w czerwcu 2008 roku, to zawstydziłem się, że ktokolwiek mógł to przeczytać. A to znaczy, że jest dobrze.

W ramach małego podsumowania - na blogu, który najpierw nazywał się "Stawka Większa Niż Życie", a później wyewoluował w "Z nogą w głowie", pojawiło się około 400 tekstów, zanotowano około 140 tysięcy odsłon i 1160 komentarzy. Rekordowo było w dzień publikacji tekstu o Olimpiakosie Volos. Do dziś nie wiem dlaczego. Weszło wtedy na bloga jednego dnia 1100 osób. Niewiele, powiecie. Ale, ruszając przed 16-tymi urodzinami - w ogóle nie spodziewałem się, żeby ktokolwiek miał tego bloga czytać, dlatego tak strasznie pokpiłem sprawę z adresem, co raz za czas sobie wyrzucam.

W nowej formie "Z nogą w głowie", obiecałem sobie, że teksty będą się pojawiać zdecydowanie częściej. Tu były czasy, w których szedł jeden tekst na dzień, były też takie, w których jeden na dwa miesiące. Tego postaram się tam uniknąć. Bądźcie tam ze mną ci, którzy byliście tutaj. Bądźcie też na Fanpage'u Z nogą w głowie na Facebooku - tu nic się nie zmienia.

P.S. www.trelik.blox.pl nie zostanie usunięte. Będzie służyć jako archiwum. Do zobaczenia!

niedziela, 19 lutego 2012

Jedną z największych zagadek świata, obok tego skąd się wzięły znaki w Nazca, posągi z Wysp Wielkanocnych oraz, gdzie była Atlantyda, jest dla mnie jak Ivica Iliev mógł kiedykolwiek zostać królem strzelców. A został. I to nie 150 lat temu, kiedy jeszcze był pazerny na gole, jak Inzaghi. Ale w zeszłym sezonie i to nie w rozgrywkach siódmej ligi na Kiribati, które pewnie istnieją tak samo jak w Polsce III liga hokeja, ale we w miarę mocnej lidze serbskiej. Fakt, wystarczyło mu do tego ledwie 13 goli, ale i tak - Iliev był najskuteczniejszy w całej lidze. A wcześniej, przez siedem lat gry dla Partizana zdobył 41 goli. Może nieprzesadnie dużo, jak na ofensywnego gracza, ale, jak na jego obecną grę, jest to liczba niewyobrażalna.

Myślicie, że mi to przeszkadza? Że Ilieva krytykuję? Że coś mi się w nim nie podoba? Nigdy. Po tym, jak kariery pokończyli idole mojego dzieciństwa, nie mam jednego zawodnika, którego jakoś bardzo lubię. Ale Iliev na pewno jest jednym z moich ulubionych. A, że nie strzela i przez to Wisła nie wygrywa, jak w czwartek ze Standardem? Szkoda, ale odbieram go, jako artystę, dla którego są wyzwania większe niż jakieś banalne strzelenie gola. Bramki są dla słabych.

Problem z obiektywizmem w jego przypadku mam tym większy, że konkuruje o miejsce na skrzydle z zawodnikiem, którego ewidentnie nie lubię i już to niejednokrotnie podkreślałem. Małecki to kogucik, a nie kozak. Charyzma to powolne, dostojne kroki Zidane’a, a nie hałaśliwe darcie mordy, na kogo popadnie. Małecki to przeciwieństwo Ilieva. To „boiskowy populista“, który gdy tylko usłyszy szum z trybun, opuszcza na oczy klapki i myśli tylko co zrobić, by przypodobać się publiczności, to jest walnąć z 40 metrów. I owszem, ze statystyki wynika, że raz na dziesięć prób trafia. Nie mówię, że to gorzej. Znaczy mówię, ale tylko subiektywnie. Iliev sprawia wrażenie człowieka, którego nie obchodzi, co o nim krzyknie kibic, zaśpiewa młyn, powie dziennikarz, czy nawet trener. On to na moje oko pasjonat, którego wyobrażam sobie, jak niespiesznie, subtelnie i z polotem przemykał kilkanaście lat temu pomiędzy lejami po bombach, który chętnie spacerowałby sobie po Sukiennicach podbijając leniwie piłkę piętką, a potem oceniał ołtarz Wita Stwosza żonglując udami. Nie wydaje mi się, żeby był szczególnie zainteresowany doskonaleniem umiejętności, czy chorobliwym myśleniem o karierze. On po prostu lubi.

Z samego wyglądu trudno coś w ogóle wywnioskować. Kompletnie zmienia się jego obraz, gdy wbiega na murawę. Normalnie, gdy się nie uśmiecha, wygląda jak chuligan z filmów Kosturicy, który najpierw chce, by orkiestra grała szybciej i głośniej, a potem by się prał po pyskach w obronie kuma. A gdy się uśmiechnie sprawia, że myśli się „o, jaki to sympatyczny chuligan!“. Na boisku tymczasem gra do jakiejś słyszalnej tylko dla niego muzyki. Dla mnie Wisła mogłaby przegrywać wszystkie mecze sezonu, nie strzelać bramek, byle tylko Iliev grał po 90 minut. To piłkarz, który, jeśli okiwa rywala w sposób, który go nie zadowala, będzie go ogrywał tak często, aż efekt stanie się satysfakcjonujący. Tak było z Dudu Paraibą z Widzewa w jesiennym meczu tych drużyn. Ivica wiele nie wnosił, ale po prostu ogrywał Dudu coraz bardziej efektownie. A na co dzień jest bodaj jedynym zawodnikiem, który częściej muska piłkę piętą, niż fałszem, czy wewnętrzną częścią stopy. A już podbicie nie jest dla niego. Co to za sztuka strzelić mocno z 30 metrów?

To wszystko prowadzi do tego, że w Polsce jeszcze bramki nie zdobył. Myślę, że w końcu trafi i już się na to trafienie cieszę. Bo to nie jest tak, jak się może wydawać, że on nie chce zdobywać goli. Nie, myślę, że chce, ale tylko takie, które go usatysfakcjonują. Np. po przedryblowaniu siedmiu rywali, założeniu siatki dwóm, położeniu bramkarza i wbiciu głową piłki stojącej na linii bramkowej. Gdzieś mi w duszy gra, że to będzie jeden z ładniejszych goli sezonu.

W ogóle, po erze Mijajlovicia, wreszcie się obecni Serbowie Wiśle udali. Jego rodak Marko Jovanović przyszedł kiedyś do klubu przed konferencją prasową. Pełno dziennikarzy, z każdym się wita, pozdrawia, zamienia słówko. Napotyka  mnie, a że byłem na konferencji Wisły bodaj drugi raz, widać po nim, że nie kojarzy, z kim ma do czynienia. Podchodzi, mówi „Hi, my name is Marko Jovanović. We don’t know each other, I suppose“. Zamieniliśmy słówko, przedstawiliśmy się sobie, spytał o redakcję i samopoczucie, a potem poszedł dalej. W kręgu naszych domorosłych gwiazd to raczej zachowanie niespotykane.

Mając takich zawodników w składzie, nie dziwię się kibicom Wisły, że promują serbskość Kosowa niemal tak mocno jak wiślackość Krakowa. Na ich miejscu też bym robił wszystko, żeby Iliev i Jovanović czuli się w Wiśle jak najlepiej i nie chcieli nigdy nigdzie odchodzić. Ich wdzięczność i kłanianie się w pas po meczu ze Standardem pokazały, że chyba idzie ku dobremu.

czwartek, 16 lutego 2012

Stali bywalcy, wiecie doskonale, że nie lubię odpowiedzi na to pytanie znajdować na stadionie. Dziś na Reymonta było sporo polityki, sporo nerwów na trybunach i sporo emocji w końcówce. Ja wciąż mam nadzieję, że to nie ostatni mecz europejskich pucharów w Krakowie w tym sezonie.

Co ciekawego

- Najpierw o tym, co na boisku. Ucieszyłem się, że trener postawił na Michała Czekaja. To było odważne posunięcie i wiem, że teraz wszyscy będą mówić, że chłopak nie wytrzymał ciśnienia. I jego jest mi chyba najbardziej żal. Zgoda, był bardzo elektryczny, taki jakiś zestresowany, podawał tylko do Chaveza (wszerz) i Pareiki (do tyłu). Ale na miejscu Gervasio Nuneza zadeklarowałbym się, wziąłbym tę czerwoną kartkę na siebie. Jak można zagrać taką piłkę, jak Nunez? Toż on nigdy tak dobrze nie wypuścił napastnika Wisły, jak wypuścił napastnika Standardu. Czekaj musiał faulować. A skoro sfaulował, to czerwona kartka. Proste, choć boli.

- Jesienią mówiło się, że Wiśle brakuje Maora Meliksona i Patryka Małeckiego. Błąd. Wiśle brakowało Meliksona. To, co Izraelczyk gra, przechodzi ludzkie pojęcie. Cięli go jak różę, ale techniką przerastał o lata świetlne wszystkich na boisku. A "Mały"? Powiedziałem sobie w pierwszej połowie, że jak jeszcze raz spróbuje strzału z 70. metrów i piłka ledwo doleci do pola karnego, to wyjdę ze stadionu. Nic mu dziś nie wychodziło. Wzdychałem tęsknie do Ivicy Ilieva. Jest tak samo bezproduktywny, ale uwielbiam patrzeć na to, jak gra. Dostałem na to szansę dopiero od 57. minuty.

- Zastanawia mnie, dlaczego nie grał Biton, a grał Genkow. Ja wiem, że Bułgar się lepiej zastawia, lepiej gra głową, ale do cholery, czy w tym sporcie, zwłaszcza jak się jest napastnikiem, nie chodzi przede wszystkim o strzelanie goli? Wszystko inne to wartość dodana. Ale jak snajper jest totalnie ograniczony, a strzela bramki, to powinien grać. Ja to widzę dość prosto. Chwała Genkowowi, że dał wyrównanie i nadzieję Wiśle, ale nikt nie wie, ile goli strzeliłby Biton. On mnie przekonuje bardziej, ale kto wie, może dlatego to Moskal jest trenerem Wisły, a nie ja.

Trybuny

Oj, co tu się działo. Znowu będę musiał zapuszczać wąsy, żeby spokojnie chodzić po Krakowie, po publikacji tego tekstu :-)

- Zaczęło się od tego, że Wiślacy wywiesili transparent o treści "Nie trzeba być faszystą, by bronić Ziemię Ojczystą". Nie wymyśliłbym tego, nie napisał i nie wywiesił, ale w gruncie rzeczy, trudno się nie zgodzić. Na sektor wbiła się jednak ochrona i zaczęła się szamotanina. Transparent podarto, ale to było moim zdaniem bezsensowne zaognianie sytuacji, z którego potem wynikło wiele złego.

- Odpowiedź Belgów? Też święci nie byli. Jeden pajac już przed meczem cały czas skakał i pokazywał "fucki" do kibiców Wisły. Za chwilę odpalili race i kilka rzucili w krakowskich kibiców. Ci je odrzucili. Kilka spadło na murawę.

- Przez cały mecz spiker groził przerwaniem meczu. Wszystko przez rzucanie śnieżkami w piłkarzy Standardu. Doprawdy, przednia rozrywka. Gdyby ta cudowna walka z Twente, cud w Londynie, miały się skończyć walkowerem rundę później, bo kilku gości chciało sobie porzucać śniegiem, to naprawdę zastanowiłbym się, czy dla dobra klubów nie warto jednak grać przy pustych trybunach :-) Kiedy zrobiło się już naprawdę gorąco i trwały narady w sprawie przerwania meczu, trener Kazimierz Moskal i piłkarze prosili o przerwanie zimowej zabawy. Plus dla sporej części trybun, która krzyczała w kierunku rzucających "debile! debile". Inni wołali "barany! barany". A adresaci czuli "ciągotkę Herostratesa" i starali się za wszelką cenę wykorzystać szansę na chwilę sławy.

- Wreszcie ta polityka. Pomieszanie z poplątaniem. Za dużo jej. Było skandowanie "Srbija - Kosovo". Był transparent w serbskich barwach z tym napisem i była przyśpiewka na melodię "W górę serca, Wisła wygra mecz" ze słowami "Kosovo je srce Srbija". Był symbol Powstania Warszawskiego. Było "A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści" (ha! tylko skąd ich wziąć? Trzeba będzie specjalnie z Korei Północnej zwozić). Było "precz z komuną". Żałuję, że w czasie meczu musiała mnie nachodzić refleksja, że każdy w duszy chce być męczennikiem i jeżeli komuna nie istnieje, to trzeba sobie ją w tym celu wymyślić. Chciałbym w czasie meczu mieć tylko refleksje na temat stałych fragmentów Garguły, zwodów Ilieva, przejęć Wilka. Może kiedyś dożyję.

- Nieświęci kibice Standardu raz mnie ujęli. Śpiewali moją absolutnie ulubioną przyśpiewkę stadionową "ra ra ra ra ra" (jeśli wiecie o czym ja mówię :-) ), znaną z meczów Górnika Zabrze. Zabrzańskie źródła donoszą, że Ślązacy byli pierwsi.

- Ucieszyłem się, gdy kibice Wisły zaśpiewali "Tak się bawią ludzie..." To świetna przyśpiewka i chyba na zawsze będzie mi się kojarzyć z grudniowym cudem nad Tamizą/Wisłą.

- A abstrahując od treści, to doping naprawdę głośny. Swoją drogą, ja jeszcze tego stadionu tak wypełnionego nie widziałem. Do kompletu daleko, ale nie było obciachu, jak jesienią, gdy nabity do ostatniego miejsca był tylko (aż) młyn.

środa, 15 lutego 2012

A było to tak... Ciężko się w ogóle w mojej sytuacji bronić. Jestem złapany na gorącym uczynku, z alkoholem bez akcyzy za pazuchą, nielegalną bronią w ręku, szczyptą kokainy w kieszeni i piracką płytą w drugiej ręce. Plany, sami wiecie, że były ambitne. Mieliście tu razem ze mną poznać wszystkie drużyny Pucharu Narodów Afryki, mieliście ten puchar wspólnie ze mną oglądać (wszystkie mecze oczywiście). No, także...

Także, kiedy już widziałem, że stoczyły się na mnie głazy, spod których się prędko nie wydobędę bardzo plułem sobie w brodę. Ale nic. Przegapiłem najpiękniejszy dla mnie turniej na świecie. Dochodziły mnie słuchy, że był beznadziejny, które z jednej strony dawały mi choć trochę ukojenia, a z drugiej - wiem, że zawsze wszyscy tak mówią, a potem i tak patrzę na te wszystkie Botswany, Gabony i Burkiny Faso zachwycony. Koniec końców obejrzałem w czasie PNA trzy mecze. Gwinea Równikowa - Libia (słaby), Senegal - Zambia i Zambia - WKS.

Niech mi ktoś powie, że ten finał był słaby... Znaczy, pewnie gdyby miliony odwiedzały ten blog, to miliony by mi to powiedziały. Ale sami zobaczcie. To rozpoczęcie gry, rzut rożny dla Zambii i tak genialnie pomysłowe, wyćwiczone jego wykonanie, że nagle facet niekryty strzela z 10 metrów w róg bramki. Afrykańska piłka to tylko kilogramy mięśni, kilometry biegu, kilometry na godzinę biegu i dzikie atakowanie? Toż to było rozwiązanie stałego fragmentu gry, które na miejscu europejskich trenerów już bym skrupulatnie rozrysowywał w kajecie.

Patrzyłem zniechęcony na wyniki kolejnych meczów, przygnieciony wyrzutami sumienia, że nie bazgrzę o tym ani słowa. No, ale myślę sobie, Zambia wisi jako pierwsza wiadomość, a właśnie wyszła z grupy. To w sumie nie tak źle, wygląda w miarę aktualnie. Później Zambia przechodzi ćwierćfinał. Później półfinał. Później wygrywa finał. Wchodzisz na "Z nogą w głowie", a tam Zambia.

I tak miało być. Wy myśleliście, że ja będę przedstawiał wszystkie drużyny Pucharu Narodów? Przecież to, co najważniejsze nie dość, że przedstawiłem, to jeszcze zostawiłem Wam na miesiąc, żebyście sobie dobrze zapamiętali.

"Można sobie wyobrazić, jaki smak miałoby wygranie finału właśnie w Libreville..." - tak zakończyłem poprzednią notkę, 10 stycznia. No i jak, z miesięcznym opóźnieniem, ale też już umiecie sobie wyobrazić ? :-)

wtorek, 10 stycznia 2012

Jeśli chcecie swoim uszom zapewnić w styczniu rozrywkę, zapomnijcie o radiu. Zamiast tego oglądajcie mecze Zambii, a wasze organy słuchu będą zachwycone. Byle tylko często padały nazwiska Chintu Kampamby, Rainforda Kalaby, Stophiry Sinzu, Jonasa Sakuwahy...

Zambia była moim odkryciem dwa lata temu. Wtedy niespodziewanie doszła do ćwierćfinału, gdzie uległa Nigerii. Odkryciem był też Herve Renard, francuski trener, od którego charyzma bije na milę. Jako, że Renard pozostał szkoleniowcem Zambii, a w kadrze ostali się posiadacze wymienionych wcześniej pięknych nazwisk, Chipolopolo mogą liczyć na moje kciuki. Selekcjoner mógł być jednak zupełnie inny. W 2010 roku, dwa miesiące przed końcem kontraktu, Renard zrezygnował i objął kadrę Angoli. Szybko przestał tam pracować i objął algierski USM Algier. Tyle, że zarówno Zambii, jak i Renardowi osobno wiodło się źle. Syn marnotrawny więc powrócił i wszyscy liczą, że znów przynajmniej wyjdzie z grupy.

Sytuacja od 2010 roku tak bardzo się jednak nie zmieniła. To znaczy, siłą Miedzianych Pocisków jest zespołowość, którą zbudował właśnie Francuz. Bo jak spojrzeć na nazwiska, to Zambia kompletnie niczym nie imponuje. Nieliczni piłkarze grają w europejskich klubach, żadni w topowych. Większość przesiaduje w niezłej, ale tylko w skali Afryki, lidze RPA. „U nas” występują tylko Wiliam Njovu (Hapoel Shmona), Chisamba Lungu (Ural Oblast), Justin Zulu (Hapoel Rishon) i Emmanuel Mayuka (Young Boys Berno). Słabo, sami przyznacie. Ale jeśli będą tak dobrzy, jak dwa lata temu, wyjście z grupy wróżę im spokojne.

Eliminacje pokazały właściwie niewiele. Zambia wygrała grupę, ale bardzo przeciętnie obsadzoną. Minimalnie wyprzedziła Libię, z którą znów pewnie powalczy o awans z grupy, Mozambik i Komory. Pamiętacie tego ekstremalnie grubego bramkarza z Mozambiku? Naprawdę nie sztuka ich pokonać...

Dla zambijskich piłkarzy ewentualne wyjście z grupy może mieć wymiar szczególny. W fazie pucharowej mogą bowiem grać w gabońskim Libreville. To 500 metrów od brzegu tego miasta w 1993 roku runął samolot przenoszący drużynę narodową Zambii na mecz eliminacji mistrzostw świata z Senegalem. Zginęło tam 18 piłkarzy i członkowie sztabu szkoleniowego. 18 piłkarzy z najzdolniejszego pokolenia w historii Zambii. W pierwszej połowie lat 90. Dwa z trzech PNA kończyli na podium. Można sobie wyobrazić, jaki smak miałoby wygranie finału właśnie w Libreville...

 



poniedziałek, 09 stycznia 2012

Pierwszy mundial jaki pamiętam? Zależy, o co pytacie. Mam w głowie urywki z meczu Holandia - Argentyna z 1998 roku, całkiem dobrze pamiętam finał  tych samych mistrzostw. Ale tak naprawdę kręćka na punkcie piłki dostałem dwa lata później i pierwszy mundial, który chciałem pochłonąć w całości nadarzył się w 2002. Nie mogę więc udawać, że do Senegalu nie mam sentymentu. Skaczący w bramce Tony Sylva, szalejąca miotła na boku obrony - Ferdinand Coly, skała Papa Bouba Diop w środku, czy Henri Camara oraz El Hadji Diouf z przodu. No, wielcy. Poznałem ich wcześniej, niż cały świat, bo zimą 2002 roku zaliczyłem swój pierwszy Puchar Narodów Afryki, na którym Senegalczycy zostali wicemistrzami kontynentu. Świat usłyszał o nich, gdy ograli Francję, o której wszyscy myśleli wówczas, jako o wielkiej, wszak była aktualnym mistrzem świata i Europy.

Słyszałem, jak sąsiad, na co dzień nie interesujący się futbolem, wołał, że Senegal wygrał z Francją.  Wiedziałem, że to wielkie wydarzenie. A to dopiero początek. Senegalczycy wyszli z grupy, w której byli jeszcze Duńczycy i Urugwajczycy, w drugiej rundzie ograli Szwedów, a mecz oglądałem na pełnej śniegu transmisji w czeskiej telewizji. Dobrnęli do ćwierćfinału, jako druga drużyna afrykańska w historii (później dokonała tego jeszcze Ghana. Zaskakujące dla mnie, że nie Nigeria, bo intuicyjnie wymienia się ją, jako największą potęgę obok Kamerunu). W najlepszej ósemce nie sprostali tureckiej rewelacji, ale i tak byli bohaterami. Ruszyli do wielkich klubów europejskich i... tyle dobrego można powiedzieć o senegalskim futbolu.

Była wybitna generacja, która miała bardzo dobre dwa pierwsze lata XXI wieku. Awansowali na mistrzostwa świata, zostali wicemistrzem Afryki, weszli do ćwierćfinału mundialu, podpisali kontrakty i przepadli. Na każdym kolejnym PNA byli uznawani za faworyta. Dochodzili do ćwierćfinału i półfinału, ale nikogo to nie satysfakcjonowało. Co dopiero odpadnięcie już po fazie grupowej w 2008 roku, gdy trenerem był Henryk Kasperczak. Brak awansu w roku 2010 to już klęska niewyobrażalna. Syci kontraktami, zmanierowani bohaterowie 2002 roku zaczęli odchodzić. Federacja dała szansę rodzimej myśli szkoleniowej - Amarze Traore, który... jako 37-latek pojechał do Korei i Japonii. Meczu nie zagrał, ale wpis w CV ma.

Nowy selekcjoner zdecydował się na drastyczny, ale konieczny krok. Odsunął wielkie nazwiska - swoich dawnych kolegów z reprezentacji, którzy dawali niewiele na boisku i totalnie odmłodził skład. Na tegoroczny turniej zabiera tylko dwóch zawodników z 2002 roku - Omara Dafa (Brest) i Souleymana Camarę (Montpellier). Czy to oznacza, że przywozi zgraję anonimów? Nie. Lwy Terangi mają kolejne pokolenie talentów, grających w liczących się klubach. A już najwięcej znaczy ofensywny tercet...

... jeśli trenerowi uda się znaleźć odpowiednie miejsce na boisku dla Papissa Cisse, Demby Ba i Moussy Sowa, Senegal będzie nie do zatrzymania. Cała trójka to obecnie gwiazdy trzech potężnych europejskich lig. Sow blokuje miejsce Ireneuszowi Jeleniowi w Lille. W zeszłym roku poprowadził ten zespół do podwójnej korony, a sam został królem strzelców Ligue 1. Znakomita forma strzelecka Cisse w zeszłym roku pozwoliła Freiburgowi zakończyć sezon bezpiecznie, jak nigdy, w środku tabeli. W tym drużyna z Badenii zajmuje ostatnie miejsce, ale Senegalczyk zdobył dziewięć goli, co stanowi prawie połowę dorobku drużyny. Niemal na pewno zaraz odejdzie do lepszego klubu. Wreszcie Ba, o którym pierwszy raz mogliśmy usłyszeć, gdy Hoffenheim szalało po awansie do Bundesligi. Jednak prawdziwą gwiazdą Ba został po transferze do Anglii. Dziś, dzięki niemu, Newcastle po latach posuchy znów liczy się w walce o europejskie puchary, a sam piłkarz jest wiceliderem klasyfikacji strzelców, przegrywając tylko z Robinem van Persie. Żaden inny afrykański kraj nie ma takiego potencjału w ataku. A czy go wykorzysta? W tym już głowa trenera.

Senegal to jednak nie jest drużyna trzech gwiazd. W obronie grają bardzo solidni zawodnicy, znani w większości z ligi francuskiej, jak chociażby Souleymane Diawara z Marsylii, który jesienią demolował Roberta Lewandowskiego. Prawdziwy problem, jak to często bywa w Afryce, jest z obsadą bramki. Cała kadra Senegalu składa się z piłkarzy grających za granicą. W rodzimej lidze gra tylko... dwóch bramkarzy. I to nie może być przypadek, że akurat tamtejszych piłkochwytów europejskie kluby nie chcą. Największe szanse na bronienie ma  Bouna Condoul z New York Red Bulls. Wydaje się jednak, że jego głównym atutem jest to, że może sobie dodać do znajomych Thierry’ego Henry’ego...

Wygląda na to, że Senegal po latach upokorzeń znów będzie piekielnie silny. Może nawet z szansami na końcowy tytuł.

sobota, 07 stycznia 2012

Takie sytuacje zdarzały się już nieraz. Polska z powodu stanu wojennego miała bardzo utrudnione przygotowania do mistrzostw świata w 1982. Przywiozła brązowy medal. Podobnie, jak Chorwacja 16 lat później. Irak został w 2006 mistrzem Azji. Choć generalnie przyjemniej jest przygotowywać się do wielkiego turnieju w dobrych warunkach, to ciężka sytuacja kraju często napędza dodatkowe pokłady ambicji. Futbol przestaje być  futbolem, zaczyna być więcej niż futbolem.  O serbskich siatkarzach pisał Rafał Stec następująco: Nie wiem, jak oni to robią. Nie wiem, jak serbscy siatkarze przezwyciężają samych siebie, niespecjalnie trafiają do mnie opowieści o bolesnej historii, która skazywała ich naród na ciągłą walkę o przetrwanie i uczyniła patriotów pragnących umrzeć dla ojczyzny także na boisku. W każdym razie oni rzeczywiście wyglądają pod siatką tak, jakby parli po coś więcej niż chwała w kolorze medalu.

I to właśnie może być siła Libii na Pucharze Narodów Afryki. Nie jest to szaraczek pokroju Gwinei Równikowej, ale do faworytów, albo choć aspirantów do tytułu nie można jej zaliczyć. Komfortu podczas przygotowań w ogarniętym chaosie kraju, który jeszcze przed chwilą przeżywał wojnę też na pewno nie mieli. A jednak zamieszanie przetrwali zdecydowanie lepiej niż chociażby Egipcjanie, którzy startowali z wyższego pułapu. Sieroty po Mubaraku piłkarzy mają świetnych, drużynę, która trzy razy z rzędu zdobywała tytuł najlepszej drużyny Afryki, totalnie dominując na kontynencie. Zajęcie przezeń ostatniego miejsca w grupie z Nigerem, RPA i Sierra Leone traktuję jako największą sensację eliminacji.

A Libijczycy? Zna ktoś ich choć jednego piłkarza? No właśnie. Problem z nimi jest taki, że mają w miarę mocną w skali kontynentu ligę, więc opłaca im się w niej grać, ale też nie są na tyle dobrzy, by europejskie kluby wykazywały jakąkolwiek determinację w ich pozyskiwaniu. Może to doprowadzić do tego, że w kadrze na turniej znajdzie się ledwie jeden piłkarz grający na Starym Kontynencie – Djamal Mahamat z portugalskiej Bragi, który markę wyrobił sobie w Beira Mar. Reszta w większości gra w miejscowych klubach – Al Ittihad Trypolis, Al Alhy Benghazhi, lub sporadycznie w Egipcie.

Historycznie Libia wiele lepiej nie wyglądała. Na mundial nie wdrapała się nigdy, w Pucharze Narodów Afryki grała ledwie dwa razy. Jedyny sukces odniosła wtedy, gdy my osiągaliśmy ostatni. W 1982 roku zorganizowała turniej, w którym zajęła drugie miejsce. Następny raz pojechała na mistrzostwa Afryki sześć lat temu do Egiptu, gdzie odpadła po fazie grupowej. Ostatnie lata i tak można jednak nazwać tłustymi. Wszak na tegoroczny turniej Zieloni się dostali, przegrywając w grupie z Zambią, wyprzedzając Mozambik i Komory i mając najlepszy bilans z drugich miejsc. A za pięć lat sami, po raz drugi, PNA zorganizują, więc mają w nim zapewniony udział.

W styczniowym turnieju zagrają z Gwineą Równikową, Zambią i Senegalem. Faworytem nie są, ale rywale też nie wyglądają na terminatorów. W przeciwieństwie do przedstawianej wczoraj Gwinei R. Libijczycy mają jeden atut. Pracującego od dwóch lat brazylijskiego trenera Marcosa Paquetę. W przeciwieństwie do swojego rodaka, z którym zmierzy się w meczu otwarcia, ma jakieś doświadczenie i jakieś sukcesy. Przez osiem lat prowadził Flamengo Rio de Janeiro przez dwa Fluminense, doprowadził reprezentację Brazylii do mistrzostw świata U-17  i U-20. Może przemieni zgraję anonimów, w zgraję jednoczącą rozerwaną ojczyznę?

 

piątek, 06 stycznia 2012

Drugiej tak słabej drużyny, jak Gwinea Równikowa na tegorocznym Pucharze Narodów Afryki teoretycznie nie powinno być. W ogóle w Afryce mało jest tak słabych reprezentacji. Im bardziej przyglądam się współgospodarzom tegorocznej imprezy, tym bardziej widzę analogie do polskiej sytuacji. Choć nasza jest jednak chyba troszkę lepsza...

A może jednak my mamy gorzej? W końcu my mamy tradycje. Mamy wspomnienie dawnych wielkich zwycięstw. Mamy tendencję do machania szabelką i przekonywania, że wyjście z grupy to plan minimum. A Gwinea Równikowa takich ambicji nie ma. Powiedzmy sobie szczerze, z chwilą wybrania tego malutkiego kraju na organizatora mistrzostw, Gwinea Równikowa osiągnęła największy sukces w historii - zapewniła sobie udział w wielkiej imprezie. Po raz pierwszy.

Wprawdzie krajowa federacja piłkarska istnieje już od 1960 roku, lecz do 1986 właściwie nie rozgrywała meczów. Dopiero ćwierć wieku temu wzięli się w Gwinei Równikowej do roboty. Weszli do CAF i FIFA i zaczęli grać w eliminacjach turniejów. Radzili sobie jednak tak, że lepiej przemilczeć. Nie mieli wielkich piłkarzy. Piłkarska pustynia.

Organizacja turnieju sprawiła jednak, że za wszelką cenę chciano unikąć kompromitacji. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że tego celu nie uda się osiągnąć, ale akurat znaki na niebie i ziemi - zwłaszcza w afrykańskiej piłce - nie znaczą kompletnie nic. Dla większości zawodników to życiowa, jedyna szansa.

Po 2006 roku zaczęła się w Gwinei Równikowej fala naturalizacji. Obecnie w kadrze grają piłkarze podebrani z Hiszpanii, Brazylii, Kamerunu, Nigerii, Kolumbii, Ghany i Senegalu. Nie są to jakieś wielkie nazwiska. W większości grają w amatorskiej lidze swojego kraju, bądź w amatorskich ligach hiszpańskich. Są jednak pewne wyjątki...

Na początek wątek polski. Zagrał 11 meczów w naszej ekstraklasie w barwach Legii Warszawa, grał na pozycji stopera, przyszedł z rezerw Bordeaux i szybko wyjechał. Wtedy jeszcze był Senegalczykiem, dziś jest już Gwinejczykiem Równikowym. Tak, zgadliście, to Mammadou Balde, gnijący dziś gdzieś w niższych ligach francuskich.

Prawdziwe gwiazdy „Nzalang Nacional“ to jednak piłkarze, którzy coś kiedyś osiągnęli w Hiszpanii. Przede wszystkim - 34-letni kapitan Rodolfo Bodipo, który swego czasu ładował bramki w Alaves Vitoria, czy Santander, a zwłaszcza Deportivo La Corunia. Z tego klubu jest obecnie wypożyczony do II-ligowego Elche. On również jest naturalizowany, ale Gwineę Równikową reprezentuje już od ośmiu lat. Pozostałe gwiazdy to Javier Balboa, który najpierw pograł z Krzysiem Królem w Realu Madryt Castilla, lecz w przeciwieństwie do niego awansował do pierwszej drużyny. Pokazał się w kilku meczach, wystąpił w Lidze Mistrzów, strzelił bramkę i poszedł do Benfiki Lizbona. Tam też kariery nie zrobił i dziś przebywa na zesłaniu w portugalskim Beira Mar, ale - umówmy się - gdyby na skrzydła „Królewskich“ wpuszczali słabych piłkarzy, choćby na epizody, to już bym tam grał. Jako takie nazwisko wyrobili sobie jeszcze Ivan Zarandona (kiedyś Valladolid), Juvenal (Alaves, Tenerifa, Recreativo Huelva) czy Narcisse Ekanga, grający w kongijskim TP Mazembe współautor sensacji w Klubowych Mistrzostwach Świata sprzed dwóch lat, kiedy najlepszemu zespołowi Afryki udało się ograć Internacional Porto Alegre, by dopiero w finale przegrać z Interem Mediolan.

Wszystko wyglądałoby tak sobie, ale nie beznadziejnie, gdyby zgrają dowodził trener, który miałby pojęcie o sprawie i czas na poukładanie drużyny. Od początku 2011 roku za 30 tysięcy euro miesięcznie pracował tam słynny w Afryce Francuz Henri Michel. Tyle, że w ostatnich dniach grudnia nagle zrezygnował. Na trzy tygodnie przed turniejem musiał go zastąpić Brazylijczyk Gilson Paulo, który ostatnio był dyrektorem sportowym akademii Vasco da Gama. Nie rzuca na kolana...

Współgospodarze PNA w zeszłym roku rozegrali sporo meczów towarzyskich, kilka wygrali, lecz - tu kolejna analogia do Polski - kompletnie nie radzili sobie z przeciwnikami, którzy również zagrają na turnieju o mistrzostwo Afryki. Miejsce w rankingu FIFA też pokazuje wiele. 150. pozycja, przy 200 klasyfikowanych krajach. A do nas - Europejczyków - najlepiej przemówi porównanie do drużyn, które znamy z europejskiej federacji. Gwinea Równikowa jest o 12 miejsc niżej niż... Kazachstan i minimalnie, o pięć pozycji lepsza od Malty. Czy to wystarczy na pokonanie w grupie Libii, Senegalu i Zambii? Raczej nie. Ewentualnie widzę szansę na powalczenie z dziećmi po Kaddafim w meczu otwarcia. Ale czy zdziwi mnie wygranie przez Gwineę R. wszystkich meczów w grupie i awans do fazy pucharowej? W Afryce nic mnie nie zdziwi.

 

Słyszycie już tam-tamy? Zawodzące z oddali orkiestry i jakieś trudne do zidentyfikowania instrumenty? Widzicie przed oczami magów, którzy są gwiazdami największych i tych trochę mniejszych lig europejskich, albo za chwilę nimi będą? Widzicie mecze, w których nie ma żadnej taktyki, jest wybitna technika i świetne przygotowanie fizyczne? W których nie ma kalkulacji, a gdy się przegrywa 0-4 na 15 minut przed końcem, to spokojnie można wyciągnąć wynik na 4-4? Tak. Już za 15 dni rusza najładniejszy turniej piłkarski na świecie - Puchar Narodów Afryki.

Zmagania, które rozpoczną się 21 stycznia zapowiadają się jeszcze bardziej niesamowicie niż zwykle. W turnieju rozgrywanym na boiskach Gabonu i Gwinei Równikowej zabraknie bowiem:

- Egiptu (wygrywał trzy ostatnie turnieje!)

- Kamerunu

- Nigerii

- RPA

a więc tradycyjnych potęg Czarnego Lądu. Będzie natomiast trzech debiutantów - Gwinea Równikowa, Niger i Botswana. Już sobie wyobrażam, ilu świetnych, nieznanych jeszcze piłkarzy przywiozą.

W turnieju ma szansę zagrać dwóch piłkarzy z polskiej ligi, obaj reprezentujący Burkina Faso - Abdou Razack Traore z Lechii Gdańsk i Prejuce Nakoulma z Górnika Zabrze.

Zmagania potrwają do 12 lutego, kiedy w Libreville odbędzie się wielki finał. Oczywiście, możecie się domyślać, że przez najbliższy miesiąc będzie to temat numer jeden. Bo przecież Puchar Narodów Afryki łykam jak pelikan od dziesięciu lat. To będzie piękna zapowiedź roku obfitującego w wielkie piłkarskie emocje. Ale ten turniej przyniesie te najbardziej pierwotne...

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 38