Niesztampowo, interesująco, kontrowersyjnie i zaskakująco - piłka nożna od innej strony.

























Wymiana linków Monitoring serwera Katalog Informacja medyczna Informacje prasowe Lokalizator internetowy Wzory pism i umów Sprawdź Page Rank Anonse towarzyskie Tanie noclegi Praca dla studentów Bezpłatne ogłoszenia Nieruchomości Warszawa Auta z Niemiec

Wpisy z tagiem: wisła kraków

niedziela, 19 lutego 2012

Jedną z największych zagadek świata, obok tego skąd się wzięły znaki w Nazca, posągi z Wysp Wielkanocnych oraz, gdzie była Atlantyda, jest dla mnie jak Ivica Iliev mógł kiedykolwiek zostać królem strzelców. A został. I to nie 150 lat temu, kiedy jeszcze był pazerny na gole, jak Inzaghi. Ale w zeszłym sezonie i to nie w rozgrywkach siódmej ligi na Kiribati, które pewnie istnieją tak samo jak w Polsce III liga hokeja, ale we w miarę mocnej lidze serbskiej. Fakt, wystarczyło mu do tego ledwie 13 goli, ale i tak - Iliev był najskuteczniejszy w całej lidze. A wcześniej, przez siedem lat gry dla Partizana zdobył 41 goli. Może nieprzesadnie dużo, jak na ofensywnego gracza, ale, jak na jego obecną grę, jest to liczba niewyobrażalna.

Myślicie, że mi to przeszkadza? Że Ilieva krytykuję? Że coś mi się w nim nie podoba? Nigdy. Po tym, jak kariery pokończyli idole mojego dzieciństwa, nie mam jednego zawodnika, którego jakoś bardzo lubię. Ale Iliev na pewno jest jednym z moich ulubionych. A, że nie strzela i przez to Wisła nie wygrywa, jak w czwartek ze Standardem? Szkoda, ale odbieram go, jako artystę, dla którego są wyzwania większe niż jakieś banalne strzelenie gola. Bramki są dla słabych.

Problem z obiektywizmem w jego przypadku mam tym większy, że konkuruje o miejsce na skrzydle z zawodnikiem, którego ewidentnie nie lubię i już to niejednokrotnie podkreślałem. Małecki to kogucik, a nie kozak. Charyzma to powolne, dostojne kroki Zidane’a, a nie hałaśliwe darcie mordy, na kogo popadnie. Małecki to przeciwieństwo Ilieva. To „boiskowy populista“, który gdy tylko usłyszy szum z trybun, opuszcza na oczy klapki i myśli tylko co zrobić, by przypodobać się publiczności, to jest walnąć z 40 metrów. I owszem, ze statystyki wynika, że raz na dziesięć prób trafia. Nie mówię, że to gorzej. Znaczy mówię, ale tylko subiektywnie. Iliev sprawia wrażenie człowieka, którego nie obchodzi, co o nim krzyknie kibic, zaśpiewa młyn, powie dziennikarz, czy nawet trener. On to na moje oko pasjonat, którego wyobrażam sobie, jak niespiesznie, subtelnie i z polotem przemykał kilkanaście lat temu pomiędzy lejami po bombach, który chętnie spacerowałby sobie po Sukiennicach podbijając leniwie piłkę piętką, a potem oceniał ołtarz Wita Stwosza żonglując udami. Nie wydaje mi się, żeby był szczególnie zainteresowany doskonaleniem umiejętności, czy chorobliwym myśleniem o karierze. On po prostu lubi.

Z samego wyglądu trudno coś w ogóle wywnioskować. Kompletnie zmienia się jego obraz, gdy wbiega na murawę. Normalnie, gdy się nie uśmiecha, wygląda jak chuligan z filmów Kosturicy, który najpierw chce, by orkiestra grała szybciej i głośniej, a potem by się prał po pyskach w obronie kuma. A gdy się uśmiechnie sprawia, że myśli się „o, jaki to sympatyczny chuligan!“. Na boisku tymczasem gra do jakiejś słyszalnej tylko dla niego muzyki. Dla mnie Wisła mogłaby przegrywać wszystkie mecze sezonu, nie strzelać bramek, byle tylko Iliev grał po 90 minut. To piłkarz, który, jeśli okiwa rywala w sposób, który go nie zadowala, będzie go ogrywał tak często, aż efekt stanie się satysfakcjonujący. Tak było z Dudu Paraibą z Widzewa w jesiennym meczu tych drużyn. Ivica wiele nie wnosił, ale po prostu ogrywał Dudu coraz bardziej efektownie. A na co dzień jest bodaj jedynym zawodnikiem, który częściej muska piłkę piętą, niż fałszem, czy wewnętrzną częścią stopy. A już podbicie nie jest dla niego. Co to za sztuka strzelić mocno z 30 metrów?

To wszystko prowadzi do tego, że w Polsce jeszcze bramki nie zdobył. Myślę, że w końcu trafi i już się na to trafienie cieszę. Bo to nie jest tak, jak się może wydawać, że on nie chce zdobywać goli. Nie, myślę, że chce, ale tylko takie, które go usatysfakcjonują. Np. po przedryblowaniu siedmiu rywali, założeniu siatki dwóm, położeniu bramkarza i wbiciu głową piłki stojącej na linii bramkowej. Gdzieś mi w duszy gra, że to będzie jeden z ładniejszych goli sezonu.

W ogóle, po erze Mijajlovicia, wreszcie się obecni Serbowie Wiśle udali. Jego rodak Marko Jovanović przyszedł kiedyś do klubu przed konferencją prasową. Pełno dziennikarzy, z każdym się wita, pozdrawia, zamienia słówko. Napotyka  mnie, a że byłem na konferencji Wisły bodaj drugi raz, widać po nim, że nie kojarzy, z kim ma do czynienia. Podchodzi, mówi „Hi, my name is Marko Jovanović. We don’t know each other, I suppose“. Zamieniliśmy słówko, przedstawiliśmy się sobie, spytał o redakcję i samopoczucie, a potem poszedł dalej. W kręgu naszych domorosłych gwiazd to raczej zachowanie niespotykane.

Mając takich zawodników w składzie, nie dziwię się kibicom Wisły, że promują serbskość Kosowa niemal tak mocno jak wiślackość Krakowa. Na ich miejscu też bym robił wszystko, żeby Iliev i Jovanović czuli się w Wiśle jak najlepiej i nie chcieli nigdy nigdzie odchodzić. Ich wdzięczność i kłanianie się w pas po meczu ze Standardem pokazały, że chyba idzie ku dobremu.

czwartek, 16 lutego 2012

Stali bywalcy, wiecie doskonale, że nie lubię odpowiedzi na to pytanie znajdować na stadionie. Dziś na Reymonta było sporo polityki, sporo nerwów na trybunach i sporo emocji w końcówce. Ja wciąż mam nadzieję, że to nie ostatni mecz europejskich pucharów w Krakowie w tym sezonie.

Co ciekawego

- Najpierw o tym, co na boisku. Ucieszyłem się, że trener postawił na Michała Czekaja. To było odważne posunięcie i wiem, że teraz wszyscy będą mówić, że chłopak nie wytrzymał ciśnienia. I jego jest mi chyba najbardziej żal. Zgoda, był bardzo elektryczny, taki jakiś zestresowany, podawał tylko do Chaveza (wszerz) i Pareiki (do tyłu). Ale na miejscu Gervasio Nuneza zadeklarowałbym się, wziąłbym tę czerwoną kartkę na siebie. Jak można zagrać taką piłkę, jak Nunez? Toż on nigdy tak dobrze nie wypuścił napastnika Wisły, jak wypuścił napastnika Standardu. Czekaj musiał faulować. A skoro sfaulował, to czerwona kartka. Proste, choć boli.

- Jesienią mówiło się, że Wiśle brakuje Maora Meliksona i Patryka Małeckiego. Błąd. Wiśle brakowało Meliksona. To, co Izraelczyk gra, przechodzi ludzkie pojęcie. Cięli go jak różę, ale techniką przerastał o lata świetlne wszystkich na boisku. A "Mały"? Powiedziałem sobie w pierwszej połowie, że jak jeszcze raz spróbuje strzału z 70. metrów i piłka ledwo doleci do pola karnego, to wyjdę ze stadionu. Nic mu dziś nie wychodziło. Wzdychałem tęsknie do Ivicy Ilieva. Jest tak samo bezproduktywny, ale uwielbiam patrzeć na to, jak gra. Dostałem na to szansę dopiero od 57. minuty.

- Zastanawia mnie, dlaczego nie grał Biton, a grał Genkow. Ja wiem, że Bułgar się lepiej zastawia, lepiej gra głową, ale do cholery, czy w tym sporcie, zwłaszcza jak się jest napastnikiem, nie chodzi przede wszystkim o strzelanie goli? Wszystko inne to wartość dodana. Ale jak snajper jest totalnie ograniczony, a strzela bramki, to powinien grać. Ja to widzę dość prosto. Chwała Genkowowi, że dał wyrównanie i nadzieję Wiśle, ale nikt nie wie, ile goli strzeliłby Biton. On mnie przekonuje bardziej, ale kto wie, może dlatego to Moskal jest trenerem Wisły, a nie ja.

Trybuny

Oj, co tu się działo. Znowu będę musiał zapuszczać wąsy, żeby spokojnie chodzić po Krakowie, po publikacji tego tekstu :-)

- Zaczęło się od tego, że Wiślacy wywiesili transparent o treści "Nie trzeba być faszystą, by bronić Ziemię Ojczystą". Nie wymyśliłbym tego, nie napisał i nie wywiesił, ale w gruncie rzeczy, trudno się nie zgodzić. Na sektor wbiła się jednak ochrona i zaczęła się szamotanina. Transparent podarto, ale to było moim zdaniem bezsensowne zaognianie sytuacji, z którego potem wynikło wiele złego.

- Odpowiedź Belgów? Też święci nie byli. Jeden pajac już przed meczem cały czas skakał i pokazywał "fucki" do kibiców Wisły. Za chwilę odpalili race i kilka rzucili w krakowskich kibiców. Ci je odrzucili. Kilka spadło na murawę.

- Przez cały mecz spiker groził przerwaniem meczu. Wszystko przez rzucanie śnieżkami w piłkarzy Standardu. Doprawdy, przednia rozrywka. Gdyby ta cudowna walka z Twente, cud w Londynie, miały się skończyć walkowerem rundę później, bo kilku gości chciało sobie porzucać śniegiem, to naprawdę zastanowiłbym się, czy dla dobra klubów nie warto jednak grać przy pustych trybunach :-) Kiedy zrobiło się już naprawdę gorąco i trwały narady w sprawie przerwania meczu, trener Kazimierz Moskal i piłkarze prosili o przerwanie zimowej zabawy. Plus dla sporej części trybun, która krzyczała w kierunku rzucających "debile! debile". Inni wołali "barany! barany". A adresaci czuli "ciągotkę Herostratesa" i starali się za wszelką cenę wykorzystać szansę na chwilę sławy.

- Wreszcie ta polityka. Pomieszanie z poplątaniem. Za dużo jej. Było skandowanie "Srbija - Kosovo". Był transparent w serbskich barwach z tym napisem i była przyśpiewka na melodię "W górę serca, Wisła wygra mecz" ze słowami "Kosovo je srce Srbija". Był symbol Powstania Warszawskiego. Było "A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści" (ha! tylko skąd ich wziąć? Trzeba będzie specjalnie z Korei Północnej zwozić). Było "precz z komuną". Żałuję, że w czasie meczu musiała mnie nachodzić refleksja, że każdy w duszy chce być męczennikiem i jeżeli komuna nie istnieje, to trzeba sobie ją w tym celu wymyślić. Chciałbym w czasie meczu mieć tylko refleksje na temat stałych fragmentów Garguły, zwodów Ilieva, przejęć Wilka. Może kiedyś dożyję.

- Nieświęci kibice Standardu raz mnie ujęli. Śpiewali moją absolutnie ulubioną przyśpiewkę stadionową "ra ra ra ra ra" (jeśli wiecie o czym ja mówię :-) ), znaną z meczów Górnika Zabrze. Zabrzańskie źródła donoszą, że Ślązacy byli pierwsi.

- Ucieszyłem się, gdy kibice Wisły zaśpiewali "Tak się bawią ludzie..." To świetna przyśpiewka i chyba na zawsze będzie mi się kojarzyć z grudniowym cudem nad Tamizą/Wisłą.

- A abstrahując od treści, to doping naprawdę głośny. Swoją drogą, ja jeszcze tego stadionu tak wypełnionego nie widziałem. Do kompletu daleko, ale nie było obciachu, jak jesienią, gdy nabity do ostatniego miejsca był tylko (aż) młyn.

środa, 14 grudnia 2011

Zdarzył się cud! Kwiaty i prezenty ślemy do Odense dla dzielnych Duńczyków. Mamy dwie drużyny na wiosnę w pucharach! "Tak się bawią ludzie, kiedy Wisła gra !"

Bohater

Siergiej Pareiko. Ten gość to chyba najbardziej przydatny w ofensywie bramkarz w polskiej lidze. Nie pomyliłem się. W ofensywie. Po ligowym meczu z Podbeskidziem, gdy w ostatniej minucie tak wykopał, że Wisła o mało nie zdobyła gola, Bartłomiej Konieczny, stoper bielszczan powiedział, że "bramkarzowi wyszedł wykop życia". Obserwowałem Estończyka w meczach z Górnikiem i Widzewem. Kopał dokładnie tak samo. Każde jego wywalenie piłki do przodu to groźna sytuacja i właśnie dlatego Pareiko w 46. minucie zaliczył asystę przy golu Genkova. Swoją drogą, jak raz zdecydował się wyrzucić piłkę ręką, to miotnął nią tak, że po raz pierwszy odbiła się kilka metrów za połową.

Rozczarowanie

Właściwie dwa. Po jednym z każdej drużyny. To, że Wisła wyszła z grupy europejskich pucharów, mając w składzie Juniora Diaza jest trochę uwłaczające dla europejskich pucharów. Ale czy to ważne?

Rozczarowanie drugie - Nick Marsman. Bramkarz Twente był fatalny, mam wrażenie, że przy obu golach mógł się lepiej zachować, a w kilku innych sytuacjach mógł krakowianom bramki podarować. Co ciekawe, na co dzień Marsman gra w klubowych rezerwach, gdzie trenuje go TEN Patrick Kluivert!

Co ciekawego

- W zespole Twente wystąpiło tylko pięciu podstawowych graczy. Problem w tym, że wśród nich było całe ofensywne trio - Marc Janko, Emir Bajrami, Luuk de Jong. Ten ostatni walnął taką bramkę z przewrotki, że gdybym miał na głowie czapkę, to bym ją ściągnął. To był drugi gol z przewrotki, jaki w tym roku widziałem. Pierwszy to oczywiście Patejuka na Legii.

- Takie podejrzenie miałem już wcześniej, ale teraz już nie sposób o tym milczeć. Jestem ośmiornicą Paul dla Wisły. W 2005 roku byłem na meczu Wisła - Górnik Łęczna (1-0). Kibicowałem Wiśle. W marcu byłem na meczu Wisła - Podbeskidzie (0-1). Lepiej życzyłem Podbeskidziu. W październiku byłem na dwóch meczach. Wisła - Fulham (1-0, kibicowałem Wiśle) i Wisła - Podbeskidzie 0-1 (Podbeskidziu). W listopadzie również na dwóch - z Górnikiem (0-1, byłem za Górnikiem) i z Widzewem (1-0, byłem za Wisłą). Wreszcie w grudniu z Twente (2-1, byłem za Wisłą). Prawidłowość jest więc jasna - jeśli jestem na meczu "Białej Gwiazdy" i dobrze jej życzę, to ona wygrywa. Jeśli nie - nigdy.

- Na ławce Twente siedział młody polski bramkarz Filip Bednarek, o którego istnieniu do dziś nie wiedziałem.

- Szacunek dla kibiców. Znowu zaprezentowali ładną sektorówkę (z napisem "Nie ma, że boli - sektor kiboli"). Wiślaccy fani śpiewają "Jesteśmy dumą tego miasta, w naszych sercach Biała Gwiazda". Jak tak patrzyłem na stadion, który na meczu o awans miał tyle pustych miejsc, a później patrzyłem na sektor z gwiazdą, który był nabity do granic możliwości, widziałem, komu bardziej zależy na klubie. Na Podbeskidziu młyn jest liczebnie mniejszością przy piknikach. Na Wiśle jest - na oko - odwrotnie. No i doping był MIAŻ-DŻĄ-CY!

- W czasie meczu kibice zbierali pieniądze dla byłego piłkarza Wisły - Henryka Maculewicza.

- To był mój dziennikarski debiut w europejskich pucharach.

- Przede wszystkim jednak, to było moje niemal na pewno ostatnie spotkanie piłkarskie w tym roku. Zakonserwujcie mnie i obudźcie w styczniu...

 

poniedziałek, 05 grudnia 2011

Patryk Małecki wszedł na boisko. Przeżegnał się, jak większość piłkarzy. Ustawił się na swojej pozycji i gdy sędziowie sprawdzali siatki przed rozpoczęciem meczu Wisły z Widzewem, uklęknął na murawie, złożył obie ręce razem i zaczął się modlić (przynajmniej tak to wyglądało, bo co sobie w głowie myślał, to nie wiadomo). Sędzia już trzymał gwizdek w ustach, gdy "Mały" raczył się podnieść.

Ta sytuacja to dla mnie iskra. Zapalnik. Pretekst. Małeckiego nie lubię od dawna, ale nie uważałem, żeby to było coś, o czym trzeba byłoby mówić. Piłkarsko uważam go za całkiem niezłego zawodnika, ale nic więcej. Właśnie tak - całkiem niezły. Na naszą ligę wystarczy. Ma drybling, czasem strzeli, dobrze poda. Do swoich poprzedników na krakowskich skrzydłach - Kosowskiego, Uche, Błaszczykowskiego - w ogóle nie dorasta. Ale z drugiej strony - Andraża Kirma, Gervasio Nuneza, czy Rafała Boguskiego przewyższa. Dobry i tyle.

Przede wszystkim jednak Małecki ma nierówno pod sufitem. I to wie każdy, nie trzeba się nad tym specjalnie rozwodzić. Przeszkadza mi jednak jego maniera, która łączy go z Tomaszem Adamkiem. Chce być bardziej papieski niż sam papież.

Było już pokazywanie koszulek z jedynym prawdziwym papieżem. Był też wywiad udzielony "Piłce Nożnej" przez jego matkę, z którego dowiedzieliśmy, cytuję luźno, z pamięci, że "Patryk to dobry chłopak, codziennie chodzi do kościoła. Przyjechałam tutaj do Rygi (na mecz ze Skonto - M.T.) i od razu znalazł mi polski kościół". Było jeszcze coś o tym, że cały czas się modli.

Ja wiem, że polski katolicyzm jest specyficzny i, że gorliwe uczestnictwo w nabożeństwach każdego dnia idealnie współgra z mówieniem do Saidiego Ntibazonkizy: "Ty jeb... czarnuchu". Ale mnie szlag trafia. Niech się modli. Niech chodzi do kościła co dzień. Jego sprawa. Niech siedzi w szatni i odprawia całą mszę świętą i to jeszcze taką przedsoborową. Jego sprawa. Ale klękanie na murawie i modlenie się tak, żeby widzieli wszyscy telewidzowie i 14 tysięcy ludzi na trybunach, to już działanie pod publiczkę. Opowiadanie o tym w wywiadach, to też działanie pod publiczkę. A to, że codziennie chodzi do kościoła, wcale nie czyni go dobrym chłopakiem.

I na zakończenie, bo jakoś tak wczoraj od razu mi się skojarzyło, źródło jeszcze nigdy na tym blogu nie cytowane: Mt 6,1-6.16-18

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie.
Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.
Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.
Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę powiadam wam: już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś gdy pościsz namaść sobie głowę i umyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie”.

Skoro Małecki jest codziennie na mszy, na pewno to słyszał.

niedziela, 04 grudnia 2011

Po wygranych meczach ze Śląskiem Wrocław i z Odense, spodziewałem się, że Wisła rozjedzie Widzew jak walec. Nie zagrała jednak znacząco lepiej niż w spotkaniach z Górnikiem, czy Podbeskidziem i gdyby mierzyła się z mniej przerażoną samą obecnością na stadionie Wisły drużyną, wcale nie musiała tego wygrać.

Bohater

Ivica Iliev. Świetnie się patrzyło na to, co Serb robił z Dudu. Fakt, że lewy obrońca Widzewa jest bardzo dobry głównie jeśli chodzi o grę do przodu, a im bliżej bramki tym słabiej się prezentuje, jednak Iliev robił z niego wiatrak cały czas. Mijał go z wielką gracją, pełną dynamiką. No pięknie. Tyle, że niekonwencjonalny drybling jest dla Ilieva również największym... problemem. Gdyby nie umiał, to po prostu by strzelał. A tak ma tendencję do zakiwania się na śmierć. Nie wiem, jak facet, który prawie w ogóle nie oddaje strzałów, mógł zostać królem strzelców czegokolwiek. A Iliev został i to nie byle czego, bo ligi serbskiej i nie w 1972 roku, a w 2011. W polskiej lidze nie strzelił jeszcze ani jednej bramki, choć zazwyczaj za występy jest chwalony.

Antybohater

Maciej Mielcarz to bramkarz - niedźwiedź. To znaczy, jak jest dobrze obudzony, to swoimi łapskami sięgnie w każdy zakątek bramki i nie da mu się strzelić gola. Jak prawdziwy niedźwiedź, czasem jednak śpi. A, że mamy zimę, to pomyślał, że to znakomity moment na hibernację. Koledzy nie powiedzieli mu, że w lidze jest wiosna, więc w 33. minucie bał się wyjść na piąty metr od własnej bramki. Jeśli już zdecydował się zostać na linii, to miał na niej wyczyniać cuda. Tymczasem gdy Cvetan Genkow strzelał głową, on się nawet nie ruszył. Nawiasem mówiąc, podobno jest z tego samego gatunku, co Łukasz Sapela z Bełchatowa i na Wiśle zawsze zawala bramkę.

Co ciekawego

- Przed meczem wyciągnięto na szczyt stadionu kolejną gigantyczną koszulkę w ramach akcji "Powrót legend". Tym razem uhonorowano Kazimierza Kmiecika.

- Przezabawnie było na trybunach. Szacunek dla kibiców Wisły (tych z młyna), którzy zorganizowali mikołajkową akcję. Zdecydowali się zaprosić do siebie dzieci z domów dziecka, szkół i klubów sportowych, a później dopuścili ich do dopingu. A właściwie cały doping kręcił się wokół nich. Najlepsze momenty (jeśli jestem okrutny, wybaczcie): "Sanki są w zimie, rower jest w lato, jestem za Wisłą, dziękuję ci tato" (przypominam, że tam było również trochę dzieci z domów dziecka :-). Inna wybitna przyśpiewka to: "Nie boję się, gdy ciemno jest, jestem kibicem Wisły TS". Akcja mi się podobała, nie było ani jednego bluzgu (zamiast tego: "sędzia kalosz"). Ciekawe, czy np. Legia weźmie przykład i wpuści na "Żyletę" warszawskie dzieci? Tylko niech stołeczni fani zaprzestaną na ten jeden mecz rozprowadzania narkotyków na trybunach :-)

- Ławka rezerwowych Widzewa trochę z konieczności przypominała zespół Młodej Ekstraklasy. Siedzieli na niej: Kaniecki (23 lata), Okachi (20), Ostrowski (29), Stępiński (16! on akurat wszedł na boisko i jest najmłodszym piłkarzem w lidze), Mroziński (19), Serwaciński (21) i Dybiec (20).

- Widzew był rozczulająco nieporadny. Sam nie mogę uwierzyć, że tydzień temu wygrał w Poznaniu.

- Podoba mi się rozwiązanie zastosowane na trybunie prasowej, gdzie umieszczone są telewizory z transmisją meczu na żywo, z powtórkami. W ten sposób można uniknąć pisania w relacji "ewidentny błąd sędziego", a po przyjściu do domu konieczności czerwienienia się z powodu popełnionego błędu.

piątek, 04 marca 2011

- Teraz wy jesteście Wisła, a my Valarenga - tak mogliby powiedzieć ludzie związani z Podbeskidziem po meczu z Wisłą Kraków. Krakowskie trybuny trochę się o bielszczanach dowiedziały...


Nic tak nie oddaje nastrojów, jak głos trybun. Kibic wypowiadający w emocjach, sądy, które w głębi czuje, potrafią powiedzieć o meczu więcej, niż ugrzecznione i wyprane z treści zdania niektórych piłkarzy czy trenerów. Skoro tak, to Podbeskidzie zrobiło dla promocji Bielska-Białej w Krakowie, więcej niż ktokolwiek mógł przypuszczać. W ciągu półtorej godziny przepoczwarzyło się w oczach krakowskich fanów z pociesznego bezzębnego pluszowego niedźwiadka z prowincji w bezlitosnego i niezwykle groźnego potężnego, najprawdziwszego niedźwiedzia.

Kraków, ulica Reymonta, godzina 19:53. Do rozpoczęcia meczu 37 minut. - Arka grała dobrze, a i tak ją ograliśmy. Dzisiaj może być spokojnie cztery, pięć do zera - to zdanie jednego z miejscowych kibiców. - Trzeba to rozstrzygnąć w pierwszym meczu, żeby tam do nich wysłać rezerwy - inny fan Wisły wyrzekł te słowa tuż po rozpoczęciu gry. Po pierwszych fantastycznych dwudziestu minutach te same usta wypowiedziały już zupełnie co innego. - No, to ten mecz trzeba zagrać na 0-0, a w rewanżu powalczyć o jakąś bramkę i awans.

Tak, do Krakowa przyjeżdżałem lekko przytłoczony wielkością Wisły i świadomością małości Podbeskidzia. Przybijało mnie wspomnienie wielkich meczów krakowian w pucharach. Spodziewałem się cywilizacyjnej przepaści, także jeśli chodzi o otoczkę meczu. Tymczasem nowy stadion krakowian wywołał wrażenia raczej groteskowe. Dwie stojące już i gotowe trybuny nieczynne, bo nie prowadzą do nich klatki schodowe i odpowiednie wejścia. Akredytacje prasowe wydawane są w małej plastikowej budce, kojarzącej się raczej z punktem sprzedaży hot-dogów obok dworca kolejowego. Jeszcze większe wrażenie wywołują szatnie zawodnicze. Wisła przebiera się na terenie stadionu, w warunkach pewnie komfortowych. Zaś gości skoszarowano w ustawionym poza obiektem rozbudowanym baraku na hot-dogi. Takie obrazki, połączone z kompletną niewiedzą większości osób o lokalizacji poszczególnych miejsc na stadionie, uspokoiły mnie przynajmniej w jednej kwestii - organizacyjnie Wisła i Podbeskidzie są z tej samej planety.

A potem była frustracja gospodarzy, którzy nie mogli przeboleć, że w większości nieznani im zawodnicy, ogrywają ich gwiazdy. - Ja bym z Podbeskidzia wyhaczył z pięciu graczy do Wisły! I to Polaków, a nie jakichś Bułgarów czy Białorusinów - stwierdził jeden z miejscowych dziennikarzy. - Zaraz będziemy Piechniczka przepraszać, bo się okaże, że miał rację z polityką transferową. Podbeskidzie jest lepsze od Arki - dodał inny krakowianin.

A zwieńczenie? Piłkarze Podbeskidzia schodzą po meczu do szatni, a cała najgłośniejsza trybuna krakowian, zwrócona w ich kierunku, skanduje solidarnie: "Pajace! Pajace! Wyp...ć!". Po ostatnim gwizdku bielszczanie nie byli już jakimś tam Podbeskidziem, ale sprawili, że kilka tysięcy fanatyków poczuło się dotkniętych do żywego porażką z zespołem, po którym mieli się przejechać jak walec. Może "Górale" stworzyli w miejscowych piłkarzach wrażenie, że przyjechali prosto z Oslo i nazywają się Valerenga? Wszak ta norweska drużyna stała się prawdziwym przekleństwem krakowian - najpierw ograła ich kilka lat temu w pucharach, a ostatnio, w zimowym sparingu rozgromiła "Białą Gwiazdę" 4-0. Podbeskidzie wzięło z niej przykład, ale w kolejnych meczach to inne, ekstraklasowe drużyny będą się starały zagrać jak bielszczanie. I to ogromny, także marketingowy, sukces.